Don Burley zaczekał, aż Franklin wypije swoje pierwsze piwo, po czym zamówił następną kolejkę. Jego nowego ucznia otaczała mgła tajemnicy i Don chciał rozwiać ją możliwie jak najszybciej. Musiał stać za tym ktoś z bardzo wysoko postawionych osobistości, może nawet ze Światowego Sekretariatu. Nieczęsto odrywa się starszego inspektora od pracy po to, żeby niańczył kogoś, kto jest za stary na normalne szkolenie zawodowe. Wyglądało na to, że Franklin przekroczył już trzydziestkę, a nigdy dotychczas nie zdarzało się, żeby kogoś w tym wieku otaczano tak szczególnymi względami.

Jedno nie ulegało wątpliwości: Franklin musiał być kosmonautą — tych facetów poznawało się z daleka. To jednak czyniło sprawę jeszcze bardziej tajemniczą. Don chciał od tego zacząć rozmowę, lecz przypomniał sobie słowa dyrektora: „Nie zadawaj Franklinowi zbyt wielu pytań. Nie znam jego przeszłości, ale proszono mnie usilnie, żeby z nim na ten temat nie rozmawiać”.

Don zastanawiał się, co się za tym kryje. Może facet jest pilotem kosmicznym, usuniętym ze służby za jakieś poważne niedopatrzenie? Może na przykład zagapił się i wylądował na Wenus zamiast na Marsie?

— Czy byłeś już kiedyś u nas w Australii? — spytał wreszcie ostrożnie. Nie był to zbyt szczęśliwy początek i rozmowa mogła od razu na wstępie utknąć w martwym punkcie, ale Franklin odpowiedział niespodziewanie:

— Urodziłem się tutaj.

Don nie należał jednak do ludzi, których łatwo zbić z tropu. Roześmiał się tylko i powiedział tonem wyjaśnienia:

— Nigdy mi niczego nie powiedzą i muszę uczyć się na własnych biedach. Ja urodziłem się po drugiej stronie świata, w Irlandii, ale ponieważ pracuję w oddziale Pacyfiku, Australia stała się jakby moją drugą ojczyzną. Co wcale nie znaczy, abym spędzał wiele czasu na lądzie! W naszej pracy osiemdziesiąt procent życia spędza się w morzu. Wielu pracowników się na to uskarża.



14 из 205