
W głosie Burleya słychać było głębokie zaangażowanie — prawie namiętność — i Franklin spojrzał na niego ze zdziwieniem. „Kowboje oceanu”, jak ich oczywiście nazwała romantycznie nastrojona publiczność, wiecznie szukająca sobie nowych bohaterów, nie mieli opinii ludzi skłonnych do wzruszeń. Franklin wiedział oczywiście, że twardzi, mrukliwi i niezbyt skomplikowani bohaterowie, zaludniający kartki współczesnych powieści o pracownikach morza, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością, lecz mimo to nie potrafił wyzwolić się od przyjętych schematów. Dona trudno by nazwać mrukliwym, ale pod każdym innym względem pasował jak ulał do utartych wyobrażeń o kowbojach oceanu.
Franklin zastanawiał się, jak ułożą się jego stosunki z nowym przełożonym i w ogóle jak to będzie w nowej pracy. Na razie odnosił się do niej bez entuzjazmu: czas pokaże, czy to się potem zmieni. Było w niej niewątpliwie mnóstwo interesujących, a nawet fascynujących problemów i możliwości, które zajmą jego umysł i pozwolą mu się wyżyć. Na to w każdym razie liczył. Po ostatnim koszmarnym roku życie straciło dla niego dawny smak i nie potrafił już tak jak kiedyś rzucać się z entuzjazmem na każde nowe zadanie.
Wydawało mu się niewiarygodne, by mógł jeszcze odzyskać zapal, jaki kiedyś zaprowadził go tak daleko drogą, na którą już nigdy nie wstąpi. Patrząc na Dona, który mówił ze swadą i spokojem człowieka znającego i lubiącego swoją pracę, poczuł nagle wyrzuty sumienia. Przez niego Don został od tej pracy oderwany i pełnił rolę ni to niańki, ni to przedszkolanki. Gdyby Franklin wiedział, że podobne myśli nawiedziły Burleya, jego sympatia zgasłaby natychmiast.
