Wszystko to przemknęło mu przez myśl w ciągu sekundy i w tej samej sekundzie zobaczył, że drapieżnik rusza do ataku. Ignorując oszalałą matkę zmierzał do jednego z cieląt. Trudno powiedzieć, co nim kierowało: tchórzostwo czy zdrowy rozsądek; możliwe zresztą, że podobne rozróżnienia nie mieściły się w małym i nieprzeniknionym dla człowieka mózgu rekina.

Don mógł zrobić tylko jedno. Wprawdzie dawał w ten sposób szansę mordercy, ale życie cielaka było ważniejsze. Przycisnął guzik syreny i krótki, mechaniczny ryk przeniknął fale.

Ogłuszający dźwięk przeraził zarówno rekina, jak i wieloryby. Rekin wykonał nieprawdopodobnie ostry skręt i Don ledwie utrzymał się w swoim fotelu, kiedy automat gwałtownie zmienił kurs łodzi. Łódź nie ustępowała zwrotnością żadnemu z mieszkańców oceanu o podobnych rozmiarach i teraz klucząc zbliżała się do rekina. Elektroniczny mózg automatycznie prowadził ją na echo hydrolokatora, pozwalając Donowi skupić się wyłącznie na przygotowaniu broni. Całe szczęście, gdyż czekało go teraz bardzo trudne zadanie, jeśli łódź nie utrzyma stałego kursu co najmniej przez piętnaście sekund. W krytycznej sytuacji mógł zawsze użyć swoich rakietek; zrobiłby to na pewno, gdyby znalazł się sam na sam ze stadem orek. Był to jednak sposób krwawy i brutalny, a Don zawsze wolał szpadę od granatów ręcznych.

Dzieliła go teraz od drapieżnika odległość zaledwie pięćdziesięciu stóp, zmniejszająca się z każdą chwilą. Lepsza okazja może się już nie zdarzyć. Przycisnął dźwignię spustową.

Spod brzucha łodzi wyskoczyło coś, co wyglądało jak mała płaszczka.



7 из 205