
Rekin spostrzegł niebezpieczeństwo w ostatniej sekundzie. Podobieństwo pocisku do pospolitej płaszczki zmyliło go, tak jak sobie to zaplanowali konstruktorzy. Zanim jego mały móżdżek zdążył się zorientować, że płaszczki tak się nie zachowują, pocisk uderzył. Stalowa igła strzykawki, wyrzucona przez ładunek wybuchowy, przebiła zrogowaciałą skórę rekina i olbrzymia ryba rzuciła się jak oszalała. Don cofnął się czym prędzej, gdyż uderzenie takiego ogona potrząsnęłoby nim jak fasolą w puszce i mogło nawet uszkodzić łódź. Teraz musiał tylko czekać, aż trucizna zacznie działać.
Skazany na zagładę morderca skręcał się, usiłując wyszarpnąć z ciała zatrutą strzałę. Don wciągnął pocisk z powrotem na jego miejsce pod dnem łodzi, zadowolony, że odzyskał swoją broń nie uszkodzoną. Jednocześnie obserwował z podziwem i beznamiętną litością, jak potężne zwierzę ulegało paraliżowi.
Jego ruchy były coraz wolniejsze. Pływało bez celu tam i z powrotem i Don musiał pośpiesznie zejść mu z drogi, aby uniknąć zderzenia. Wreszcie zdychający rekin stracił poczucie równowagi i zaczął wypływać na powierzchnię. Don pozostawił go na razie własnemu losowi; musiał zająć się ważniejszymi sprawami.
Odnalazł samicę z dwoma cielakami w odległości niecałej mili i przyjrzał im się dokładnie. Nie były ranne, a co za tym idzie nie musiał wzywać weterynarzy, którzy mając do dyspozycji znakomicie wyposażoną łódź podwodną udzielali wielorybom pomocy we wszystkim: od bólu brzucha do cesarskiego cięcia. Wieloryby nie wykazywały już żadnych oznak zaniepokojenia, a jedno spojrzenie na ekran hydrolokatora powiedziało mu, że reszta stada również zaprzestała ucieczki. Don był ciekaw, czy wiedzą, co się stało; poznano już nieźle ich sposoby porozumiewania się, ale wciąż jeszcze wielu spraw nie udało się wyjaśnić.
