
— Pan na długo do nas?
— Nie wiem. Może… — zawahał się Cragg. — Może na kilka dni.
— Pojeździć na nartach? — Jakie to ma znaczenie?
Recepcjonistka uśmiechnęła się.
— Absolutnie żadnego. Proszę wypełnić druczek. — Podała mu kartkę, na której Cragg napisał swoje nazwisko i adres.
— To wszystko?
— Wszystko. Proszę za mną, pokażę panu pokój. Gdzie pańskie rzeczy?
— Przyślą jutro.
Weszli na pierwsze piętro. Recepcjonistka zdjęła z tablicy klucz i otworzyła drzwi.
— To ten.
Cragg podszedł do okna. Budynek ratusza był widoczny bardziej na lewo niż powinien.
— Ten pokój mi nie odpowiada. A co jest obok?
— Numer obok jest wolny, ale jeszcze nie posprzątany. Goście wyjechali dopiero wieczorem.
— To nieważne.
— Tak, ale teraz nie ma pokojówki.
— Powiedziałem, że to nie ma żadnego znaczenia!
— Dobrze — westchnęła recepcjonistka jeżeli pan nalega, to zaraz zmienię pościel.
Zdaje się, że to było to, co potrzeba, ale łóżko stało pod inną ścianą. Cragg poczekał, aż recepcjonistka rozesłała prześcieradło.
— Dziękuję. Nic więcej nie trzeba. Kładę się spać. — Dobranoc! Czy rano pana obudzić?
— Rano? — Wydawało się, że nie zrozumiał pytania. Ach, rano! Jak pani sobie życzy, to już jest bez znaczenia. Recepcjonistka parsknęła i wyszła z pokoju.
Cragg odsłonił okno, przesunął łóżko pod przeciwległą ścianę zgasiwszy światło zaczął się rozbierać.
Długo leżał patrząc na wzory tapety, dopóki promień księżyca nie przesunął się do wezgłowia łóżka. Wówczas, zmrużywszy oczy, nacisnął sztyft na zegarku…
„Jeśli chce pan coś zatrzymać w pamięci, proszę myśleć o tym w chwili transformacji…” Tak, omijając pień ostro zakręciła w lewo i straciła równowagę. Gdy się jej udało postawić prawą nartę na śniegu, krzyknęła, urwisko było zaledwie o parę metrów. Zrozumiała, że na hamowanie jest już za późno i upadła na lewy bok. Wielki płat śniegu zaczął pod nią wolno osiadać…
