
— Nie będę czekał na ten napój firmowy. Dochodzi trzecia, muszę iść. Miło mi się z panem gawędziło. Może pan zechce zapłacić za mnie, tu są pieniądze.
Wstałem, zabrałem teczkę i wyciągnąłem dłoń w kierunku mego rozmówcy.
— Kowalski… — przedstawiłem się machinalnie i natychmiast przyszło mi do głowy, że… stąd właśnie, z tego mojego przedstawienia się, tamten „pamiętał” przedtem moje nazwisko. Zaraz też zganiłem się za taką myśl, która oznaczała, że podświadomie wierzę w opowieść nieznajomego. Jakże można brać na serio taki absurd?
— Niestety, nie mogę się panu przedstawić! — powiedział uśmiechając się przepraszająco. — Nie pamiętam swego nazwiska. Bo widzi pan, dotknięty jestem dziwnego rodzaju przypadłością…
— Wiem, wiem. Opowiadał mi pan przed kilkunastoma minutami!
— Ach, tak… No to rozumie pan… Ja, co prawda, nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, ale sądzę, że powiedziałem panu…
— Tak, tak, wszystko pan powiedział. Przepraszam, muszę się śpieszyć — rzuciłem niecierpliwie.
Skinąwszy mu na pożegnanie głową wmieszałem się w potok przechodniów.
Moja nowa powieść spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem wydawcy. Powiedział wręcz:
— To będzie pański wielki sukces, panie Kowalski. Szczególnie silne wrażenie robi ta wspaniała sceneria planety, którą odkrywa j ą pańscy bohaterowie.
Do dziś nie mogę sobie uprzytomnić, kto i kiedy powiedział już coś podobnego…
Czyżby zawodziła mnie pamięć? Zaraz, co to ja miałem…
Kim ja jestem Jak się nazywamy Siedzę tu i piszę, a za chwilę zerwie się za oknem wichura, trzeba zamknąć okno… O, już wieje! Dlaczego nie wstałem, żeby zamknąć okno Zaraz wiatr stłucze szybę…
Ilia Warszawski — Wycieczka do Pennfield
— Lepiej chyba będzie, jeżeli napiję się jeszcze koniaku — powiedział Lynn Cragg.
Podająca herbatę pokojówka spojrzała wymownie na Mepha.
