
Wazon roztrzaskał się o ścianę tuż nad jego głową. W następnej chwili rozpętała się ogólna bijatyka, każda para usiłowała wyrzucić drugą z pokoju, tworzyły się i rozwiązywały walczące koalicje, błyskawicznie zmieniała się strategia. Em i Lou zostali wypchnięci do hallu, gdzie zorganizowali innych, będących w takiej samej sytuacji, i znów przypuścili szturm na pokój.
Po dwóch godzinach walki, bez żadnych widoków na rozstrzygnięcie, wtargnęła policja.
W ciągu następnych trzydziestu minut wozy policyjne oraz karetki pogotowia wywiozły Schwartzów, mieszkanie opustoszało i ucichło.
W godzinę później 500 000 000 ukontentowanych widzów na Wschodnim Wybrzeżu oglądało na ekranach telewizorów ostatnie etapy bójki.
W ciszy trzyizbowego mieszkania Schwartzów na 76 piętrze Bloku nr 257 został włączony telewizor. Raz jeszcze napełniły powietrze krzyki, pomruki i inne odgłosy bójki rozbrzmiewające teraz nieszkodliwie z głośnika.
Walka pojawiła się również na ekranie telewizora znajdującego się na posterunku policji, gdzie z fachowym zainteresowaniem oglądali ją Schwartzowie wraz ze swymi poskromicielami:
Em i Lou leżeli spokojnie na pryczach w sąsiadujących z sobą celach cztery na osiem.
— Em — odezwał się zza przepierzenia Lou — czy ty też masz swoją własną umywalnię?
— Oczywiście. Umywalnię, łóżko, światło — całe wyposażenie. Ha! A nam pokój. Dziadunia wydawał się Bóg wie czym. Jak to długo potrwa? — wyciągnęła rękę. — Po raz pierwszy od czterdziestu lat, kochanie, nie mam trzęsionki.
— Odpukaj — powiedział Lou — adwokat spróbuje załatwić nam rok.
— O Boże — westchnęła marząco Em — ciekawa jestem, za jakie sznurki trzeba pociągnąć, żeby dostać osobną celę?
— Dobra, zamknijcie się — odezwał się klucznik więzienny — albo w trymigi wyrzucę całą waszą pakę. A kto puści farbę na zewnątrz, jak dobrze jest w więzieniu, nigdy już się tu nie dostanie.
