
— Oni plotą, co im ślina na język przyniesie. — Em zamknęła oczy. — Boże, czy pamiętasz, jak sklepy walczyły o to, by skłonić ludzi do kupienia czegokolwiek? Nie musiałeś czekać na niczyją śmierć, żeby zdobyć łóżko, krzesła, piec, czy coś w tym rodzaju. Po prostu wchodziłeś i bach! kupowałeś, co ci się tylko zamarzyło. Jezu! Tak było cudownie, póki nie zużyto absolutnie wszystkich surowców. Byłam wtedy małym dzieckiem, ale pamiętam to tak dobrze…
Lou, przygnębiony, podszedł apatycznie do krawędzi balkonu i spojrzał w górę, w wyraźne, chłodno błyszczące gwiazdy na tle czarnego aksamitu nieskończoności.
— Pamiętasz, Em, jak kiedyś mieliśmy bzika na punkcie fantastyki naukowej? Lot nr 17 na Marsa, wyrzutnia nr 12. Wszyscy na pokład! Uprasza się cały personel nietechniczny o pozostanie w bunkrach. Dziesięć… dziewięć… osiem… siedem… sześć… pięć… cztery… trzy… dwa… jeden! Główny człon! Barru-u-um!!!
— Po co martwić się o to, co się dzieje na Ziemi? — odezwała się Em również wpatrując się w gwiazdy. — Za kilka lat wszyscy będziemy szybować w przestrzeni, by zacząć nowe życie na nowej planecie.
Lou westchnął.
— Tak, tylko okazuje się, że trzeba by czegoś dwa razy większego od Empire State Building, by dostarczyć jednego parszywego kolonistę na Marsa. A za parę dalszych bilionów dolarów mógłby zabrać ze sobą żonę i psa. To jest sposób na zlikwidowanie przeludnienia — emigracja!
— Lou?…
— Hm?
— Kiedy odbędą się wyścigi samochodowe na 500 mil?
— Och… w Święto Umarłych, trzydziestego maja.
Em ściągnęła usta.
— Czy to bardzo okropne z mojej strony, że zapytałam?
— Chyba nie bardzo. Każdy w tym mieszkaniu sprawdził to aż nadto dokładnie.
— Nie chcę być okropna — powiedziała Em — ale od czasu do czasu człowiek musi wygadać się i zrzucić to wszystko z wątroby.
