
— „Dr Brainard Keyes Bullard — mówił dalej komentator — rektor Uniwersytetu w Wyandotte, stwierdził w swym przemówieniu dziś wieczorem, że większość nieszczęść gnębiących świat wynika z faktu, iż wiedza człowieka o nim samym nie dotrzymuje kroku jego wiedzy o otaczającym go świecie”.
— Do diabła! — wykrzyknął Dziadunio. — Stwierdziliśmy to już sto lat temu!
— „Dziś wieczorem Szpital Położniczy w Chicago obchodzi szczególną uroczystość. Honorowym gościem jest Lowell W. Hitz, wiek zero. Hitz, który przyszedł na świat tego ranka, jest dwudziestopięciomilionowym dzieckiem urodzonym w tym szpitalu”.
Komentator znikł, a na ekranie pojawił się młody Hitz, wrzeszczący przeraźliwie.
— Do diabła — szepnął Lou do Emeraldy — stwierdziliśmy to już sto lat temu.
— Słyszałem! — wrzasnął Dziadunio. Wyłączył z trzaskiem telewizor, a jego przerażeni potomkowie patrzyli w milczeniu na ekran. — Ty tam, chłopcze…
— Nie chciałem nic przez to powiedzieć, sir — odezwał się Lou.
— Daj mi mój testament. Wiesz, gdzie jest. Wy wszyscy, moje dzieci, wiecie, gdzie on się znajduje. Przynieś go, chłopcze!
Lou ponuro skinął głową i ruszył przez hall, wybierając drogę przez legowiska do pokoju Dziadunia, jedynego samodzielnego pokoju w mieszkaniu Schwartzów. Pozostałe pomieszczenia były to: łazienka, salon oraz szeroki korytarz bez okien, który początkowo miał służyć za jadalnię i w jednym jego końcu znajdowała się kuchenka. W hallu i salonie rozłożono sześć materaców i cztery śpiwory, tapczan stojący w salonie zajmowało jedenaste małżeństwo — aktualni faworyci.
Na biurku Dziadunia leżał jego testament, wybrudzony, z oślimi uszami, podziurawiony i zapaćkany setkami uzupełnień, wykreśleń, oskarżeń, warunków, ostrzeżeń, porad oraz uwag filozoficznych na domowy użytek.
