
Mimo to zabójstwo Waltera Frankela było niepokojące — stosowanie przemocy przez Dolistów było nieoficjalnie usankcjonowanym elementem struktury władzy, pomagającym utrzymywać motłoch w ryzach i spokojnie rządzić tym, którzy robili to od pokoleń. Okazjonalne zamieszki i ataki na pracowników państwowych niższego szczebla powodowały, że lud — czyli banda darmozjadów — był szczęśliwy i wszystko pozostawało po staremu. Tyle że zabójstwo ministra łamało dotychczasowe niepisane zasady współżycia uzgodnione dawno temu między przywódcami Dolistów a rządem. Sprowadzały się one do tego, że członkowie rządu i znaczniejszych rodzin nigdy nie stanowili celu.
— Sądzę — odezwał się wreszcie, starannie dobierając słowa — że musimy założyć, przynajmniej w tej chwili, że władze UPO sankcjonowały ten atak.
— Obawiam się, że muszę się z tym zgodzić — przyznała Palmer-Levy. — Co gorsza, dostałam też meldunek o zacieśnieniu kontaktów między przywódcami UPO a Robem Pierre’em.
— Pierre’em? — powtórzył ostro Harris. Robert Stanton Pierre był najpotężniejszym zarządcą Dolistów w Republice — nie dość, że kontrolował prawie 80 procent głosów, jakimi dysponowali, to aktualnie przewodniczył Ludowemu Kworum, czyli „demokratycznej klice” kierującej głosowaniami poprzez zarządców. A na dodatek nie wywodził się spośród legislatorów, lecz Dolistów. Już samo skoncentrowanie takiej władzy w obcych rękach mogło spowodować zrozumiałe podenerwowanie sprawujących dziedziczną władzę.
