
Jessup mruknął coś i opadł na oparcie fotela, marszcząc w zamyśleniu brwi. Parnell zaś kontynuował:
— Utworzyliśmy nowe bazy w odpowiednich miejscach, by zrównoważyć, na ile to możliwe, zagrożenia powstałe w wyniku ich działań, a jako strona atakująca zawsze będziemy dysponowali przewagą, jaką dają zaskoczenie i inicjatywa. To my wiemy dokładnie, kiedy i gdzie zaatakujemy, oni muszą bronić wszystkich miejsc, w których możemy uderzyć, i to dysponując słabszą liczebnie flotą. Wątpię, by byli w stanie nas powstrzymać, gdybyśmy zdecydowali się na atak wszystkimi siłami, ale nie wątpię, że zadadzą nam większe straty niż ponieśliśmy dotąd. I to we wszystkich konfliktach.
— Cóż więc mamy robić: atakować czy nie? — spytał Harris.
Parnell spojrzał na Elaine, widząc jej przyzwalający gest, odchrząknął i odparł:
— Na wojnie nie ma nic pewnego, panie prezydencie. Jak już mówiłem, z jednej strony poważnie martwi mnie ich przewaga techniczna, z drugiej zaś uważam, że obecnie mamy wystarczającą przewagę tak ilościową, jak i pod względem doświadczenia. Podejrzewam też, że przepaść technologiczna będzie się z czasem powiększać, a nie zmniejszać. Prawdę mówiąc, nie chcę wojny z Królestwem Manticore, i to nie dlatego, że możemy ją przegrać, ale dlatego, że nas ona bardzo osłabi. Jeśli jednak musimy tę wojnę stoczyć, powinniśmy to zrobić najszybciej, jak to tylko możliwe.
