
Coz zaczął odliczać dwudziestodolarowe złote monety, ale po chwili odezwało się w nim sumienie.
— Każdą monetę odbieram tobie. Nie, nie mogę. Sam zdecyduj, ile mi dasz.
— Nie, ty lepiej rachujesz. Wiesz, że jestem w tym do niczego.
W przeciwnym razie nie zbankrutowałbym w zeszłym roku.
— Ale czuję, że cię okradam. Zabieram ci pieniądze z portfela!
— Tyle że to nie mój portfel — uświadomił mu Abe.
Coz spojrzał na niego jak na wariata.
— Wyjąłeś go z kieszeni. Jeśli nie jest twój, to czyj?
Kiedy Abe nie odpowiedział, Coz jeszcze raz przyjrzał się portfelowi.
— Mój — mruknął.
— Tak wygląda — zgodził się Abe.
— Wyjąłeś mi go z kieszeni, kiedy spałem! — wściekł się Coz.
— Nie, słowo honoru! A ci panowie mogą potwierdzić, że do tknąłem cię tylko czubkiem buta, kiedy tu leżałeś, chrapiąc jak chóry anielskie.
— To skąd go masz?
— Ukradłem ci go wczoraj, zanim wyruszyłeś z tą dziewczyną.
— Ty… ale jak… no to jak mogłem zrobić to wszystko, co robiłem w nocy?
— W nocy? O ile sobie przypominam, noc spędziłeś z nami na statku.
— Jak to… — I tu wszystko stało się jasne. — Ty taki owaki hop-paprańcu! A żeby ci nóżka!
Abe przyłożył rękę do ucha.
— Słuchajcie! Oto głos nawołującej Cozoptaszyny!
— To ten sam dzień! Nie spałem nawet godziny!
— Dwadzieścia minut — pospieszył z wyjaśnieniem Alvin. — Około.
— I to wszystko moje pieniądze! — pieklił się Coz.
Abe pokiwał głową ze śmiertelną powagą.
— Rzeczywiście, przyjacielu. Chyba że zaraz jakaś dziewczyna zrobi do ciebie słodkie oczy.
Coz rozejrzał się po zaułku.
— Ale gdzie Fannie? Gdzie ona? Jeszcze przed chwilą szedłem, ściskając jej… rękę, a teraz raptem budzę się i widzę ciebie.
— Wiesz co? — powiedział Abe ze współczuciem. — Twoje życie uczuciowe nie istnieje.
