— I kto to mówi! — naburmuszył się Coz.

Był to chyba drażliwy temat dla Abe’a, bo zamiast odpowiedzieć docinkiem czy żartem, jakby wycofał się w głąb siebie.

— Chodźmy coś zjeść — rzekł Arthur Stuart. — Gadaniem się nie najem.

Jako że było to najrozsądniejsze i najprawdziwsze zdanie, jakie padło w ciągu ostatniej półgodziny, wszyscy przyznali Arthurowi rację i ruszyli przed siebie, kierując się węchem — aż znaleźli knajpę, w której jedzenie było na ogół martwe, nie miało zbyt wielu nóg, za życia nie było jadowite i wydawało się prawie ugotowane. W Barcy rzecz rzadko spotykana.

Po kolacji Coz wyjął fajkę, którą systematycznie nabił nawozem — jeśli wnosić z zapachu. Alvin dla zabawy spróbował ją zgasić, ale przecież nie dostał daru Stwarzania tylko po to, by mógł czasem uniknąć smrodu.

Dlatego wstał, zarzucił worek na ramię i upewnił się, że Arthur Stuart wstał także, po czym razem wyruszyli na poszukiwanie noclegu — nie żadnej zapchlonej, zbyt drogiej i zatłoczonej spelunki nad rzeką. Nie wiedział, jak długo tu zostanie, a jego fundusze były ograniczone, więc zamierzał znaleźć pokój w pensjonacie, gdzie mieszkają szacowni, przyzwoici obywatele. Gdzie na przykład mógłby się zatrzymać wędrowny, szukający zatrudnienia kowal.

Nie zdążył się oddalić od tawerny nawet o trzydzieści kroków, kiedy zdał sobie sprawę, że za nim idzie Abe Lincoln. Zatrzymał się, odwrócił i dopiero wtedy zauważył, że Arthur Stuart nie idzie z nim, lecz z Abe’em.

Niepokojące, jak dobrze Arthur nauczył się ukrywać przed nim swój płomień serca. Nie żeby Alvin kiedykolwiek miał problemy z odnalezieniem chłopca, jeśli go potrzebował, ale kiedyś wiedział, gdzie go szukać, nie myśląc o tym. Odkąd Arthur nauczył się podstaw prawdziwego Stwarzania — jak podgrzać żelazo lub je zmiękczyć, co nie jest prostą sztuką — jakoś zdołał sobie przyswoić umiejętność zwodzenia Alvina, kiedy odchodził i ruszał w swoją stronę.



12 из 284