
— O tym nie słyszałem.
— Bo o tym nie mówi się głośno. Jeśli chcesz się dowiedzieć całej historii, odwiedź moją rodzinę, kiedy tylko zechcesz. To gościnny dom, przyjmuje wielu, a jeśli powiesz, że jesteś przyjacielem moim i mojego przyrodniego szwagra, zostaniesz ugoszczony, nakarmiony i być może usłyszysz historię, której dotąd nie znałeś.
— Wybiorę się tam, możesz być pewien. I cieszę się, że to nie koniec naszej znajomości.
— Na pewno nie cieszysz się bardziej ode mnie.
Znowu rozstali się, uścisnąwszy sobie ręce, i Abe ruszył wielkimi krokami ku tawernie, sunąc w tłumie przechodniów niczym parowiec.
— Lubię go — odezwał się Arthur Stuart.
— Ja też. Choć uważam, że ma więcej darów niż rozśmieszanie ludzi.
— Nie wspominając już o tym, że jest najurodziwszym brzydalem albo najbrzydszym przystojniakiem, jakiego kiedykolwiek widziałem.
— Z tym się zgadzam. A jeszcze… wolałbym, żebyś już więcej nie ukrywał przede mną swojego płomienia serca.
Arthur Stuart spojrzał na niego nieruchomym wzrokiem. Odpowiedział dokładnie tak, jak spodziewał się po nim Alvin.
— Teraz, kiedy zostaliśmy sami, może byś mi wreszcie powiedział, jaki interes mamy w Barcy?
Alvin westchnął.
— Powiem ci to samo co w Carthage City, kiedy wyruszyliśmy w drogę. Jadę, ponieważ moja Peggy mnie tu wysłała, a dobry mąż robi to, na czym zależy żonie.
— Ona cię nie wysłała do Carthage City, tego jestem pewien. Uważa, że tam umrzesz.
— Kiedy umrę, to będę martwy we wszystkich miastach jednocześnie — odparł nieco urażony Alvin. — Peggy może mnie posłać na koniec świata, a ja tam pojadę, ale chcę mieć przynajmniej prawo wyboru własnej trasy.
— Czyli naprawdę nie wiesz, co masz tu zrobić? Myślałem, że chcesz powiedzieć, że to nie mój interes.
— Bo nie twój. Ale na razie wygląda na to, że także nie mój. Na parowcu wydawało mi się, że nasza podróż może mieć coś wspólnego ze Steve’em Austinem, Jimem Bowie i wyprawą do Meksyku. Ale kiedy ich opuściliśmy i…
