
W dojrzałym i podeszłym wieku lat dwudziestu sześciu Alvin Miller, który stał się Alvinem Smithem, a jego tajemne miano brzmiało Alvin Stwórca — ten sam Alvin, którego narodzinom towarzyszyły znaki, nad którego dorastaniem czuwało zarówno Dobro, jak i Zło, ten sam, który sądził, że ma do wypełnienia wielką misję i dzieło, już od dawna doszedł do wniosku, że znaki nie miały znaczenia, że siły zła i dobra straciły tylko na niego czas, ponieważ dar Stwarzania powierzono niewłaściwej osobie. W jego rękach na nic się nie przydawał. Wszystko, co zrobił, niszczało. Nie mógł pokonać Niszczyciela, który starał się doprowadzić ten świat do ruiny. Nie potrafił przekazać nikomu nic więcej niż strzępy swojej mocy, więc plan otoczenia się innymi Stwórcami spełzł na niczym.
Nie potrafił nawet ocalić życia własnemu dziecku, nie umiał się uczyć języków tak jak Arthur Stuart ani widzieć ścieżek przyszłości tak jak Margaret, nie miał żadnych innych praktycznych talentów. Był tylko wędrownym kowalem, który przez najczystszy przypadek znalazł się w posiadaniu złotego pługa, noszonego w worku od pięciu lat. I po co?
Alvin nie miał pojęcia, dlaczego Bóg go wyróżnił, czyniąc go siódmym synem siódmego syna. Nieważne, jakie były boże plany; Alvin chyba wszystko zepsuł, bo nawet Niszczyciel przestał się nim interesować. Niegdyś, kiedy otaczali go wrogowie, potrafił być groźny. Teraz wrogowie go nie zauważali. Czy może być wyraźniejszy znak upadku?
W takim właśnie ponurym nastroju Alvin wjechał do Barcy; być może właśnie przez jego chmurną minę w dwóch pierwszych gospodach odmówiono im noclegu.
Kiedy dotarli do trzeciej, był już tak ponury, że nie silił się na uprzejmość.
— Jestem wędrownym kowalem z północy — powiedział — a ten chłopiec udaje mojego niewolnika, ale nim nie jest, jest wolny i niech mnie diabli, jeśli pozwolę mu spać na dole ze służącymi. Chcę pokoju z dwoma dobrymi łóżkami i godziwie za niego zapłacę, ale nie życzę sobie, żeby ktokolwiek traktował tego młodzieńca jak służącego.
