
— Nie zrobiłbym kroku, żeby zostać królem — powiedział Arthur Stuart. — Choć gdyby przynieśli mi tron, mógłbym sobie przez jakiś czas posiedzieć.
Weszli do domu. Alvin trzymał swój worek, lecz Arthur bez oporów oddał kobiecie swoją torbę.
— Nie lubicie wchodzić po schodach? — spytała.
— Zawsze przebiegam sześć pięter przed śniadaniem, żeby być bliżej nieba, kiedy się modlę — wyznał Alvin.
Spojrzała na niego przenikliwie.
— Nie wiedziałam, że modlitwa jest ci tak bliska.
Alvin zawstydził się. Jego beztroski żart najwyraźniej ją uraził.
— Niegdyś się modliłem — powiedział. — Nie chciałem się wy razić bez szacunku, jeśli to dom ludzi wierzących.
— Tak.
— A mnie się wydaje — odezwał się Arthur Stuart — że to dom ludzi mówiących sobie „ty”, bo nie wiedzą, że istnieją imiona.
Roześmiała się.
— Miałam już tyle imion, że sama się w nich gubię. Tutejsi nazywają mnie Mamą Wiewiórką. I pomińmy przyczyny, dla których dostałam to imię. Nadał mi je mój mąż, kiedy postanowił być Papą Łosiem.
— Zawsze dobrze jest zasłużyć na gościnność wiewiórki i łosia — powiedział Alvin — choć pierwszy raz zdarza mi się to pod dachem.
— Tu nie ma żadnej gościnności — odparła Mama Wiewiórka. — Płacicie za nią, i to niemało. Mamy mnóstwo gąb do wykarmienia.
Dopiero na drugim piętrze przekonali się, o co jej chodziło. W wielkim pokoju o oknach ciągnących się wzdłuż jednej ściany stał krępy, ciemnowłosy mężczyzna z wyrazem udręczonej cierpliwości na twarzy. Przed nim na czterech rzędach ławek siedziało ramię w ramię trzydzieścioro pięcioro dzieci, od pięciu do dwunastu lat. Mniej więcej jedna czwarta miała czarną skórę, parę czerwoną, niektórzy byli biali z domieszką krwi francuskiej, hiszpańskiej lub angielskiej, lecz ponad połowa stanowiła mieszankę tak wielu ras, że trudno było odgadnąć, której z nich nie reprezentowali ich przodkowie.
