
Mama Wiewiórka bezgłośnie wymówiła: „Papa Łoś”, wskazując na mężczyznę.
Dopiero kiedy jej mąż zrobił krok, który zakołysał nim niczym wicher łodzią, Alvin zauważył, że jego prawa stopa jest okaleczona. Żaden but by na nią nie pasował, dlatego okryto ją onucą i przewiązano rzemieniami razem z grubą podeszwą. Ale mężczyzna nie okazywał zażenowania ani bólu, a dzieci nie śmiały się z niego. Albo miały niewiarygodnie dobry charakter, albo Papa Łoś był człowiekiem niewzruszonej godności.
Dzieci czytały słowa na tabliczce. Mężczyzna wypisywał cztery, pięć wyrazów, podnosił tabliczkę wysoko, by wszyscy je widzieli, po czym wskazywał ucznia. Ten wstawał i bezgłośnie wymawiał każde słowo. Papa Łoś kiwał lub kręcił głową, po czym wskazywał następne dziecko. W ciszy klaskanie języka i odgłos stykających się ze sobą warg brzmiały dziwnie głośno.
Obecnie na tabliczce widniało: „umiar”, „razem”, „spokojny” i „zagrożenie”. Alvin poczuł, że słowa same układają się w jego głowie w pieśń lub wiersz. Każde z nich jakby stanowiło jego własność. Oczywiście miało to coś wspólnego z tym, że pierwsze słowo oznaczało także imię jego ukochanego starszego brata.
„Razem” — właśnie o tym marzył: o zebraniu ludzi, których nauczyłby Stwarzania, by mogli razem pracować. Ale rozstał się ze społecznością Stwórców w Vigor Kościele, ponieważ nie potrafił znieść, że jest tak nieudolny jako nauczyciel. Spokojny — taki powinien się stać, tego potrzebował najbardziej. A „zagrożenie”? Czekało na niego zawsze, gdziekolwiek się udał.
Mama Wiewiórka zaprowadziła ich na poddasze o ukośnym suficie.
— W upalne dni jest tu gorąco jak w piecu — powiedziała. — A w zimie lodowato, ale deszcz nie pada na głowę, co w tych stronach wiele znaczy, a łóżka i pościel są czyste. Podłogi zamiata się raz w tygodniu… albo częściej, jeśli potraficie się posługiwać miotłą.
