— Niegdyś zabijałem nią pająki — rzekł Alvin.

— W tym domu nie zabijamy żywych stworzeń — ostrzegła Mama Wiewiórka.

— Więc jak możecie cokolwiek jeść? Przecież to wszystko kiedyś żyło.

— Rzeczywiście, tu mnie masz. Nie mamy żadnej litości dla królestwa roślin, choć nikt z nas nie zetnie żywego drzewa.

— Za to pająki są tu bezpieczne.

— Dożywają spokojnie swoich dni. To dom spokoju.

— I milczenia, sądząc po tej szkole na dole.

— Szkole? Chyba nas nie oskarżycie o łamanie prawa i prowadzenie szkoły, w której Czarni, Czerwoni i mieszańcy mogliby się uczyć czytać, pisać i liczyć?

Alvin uśmiechnął się.

— Na pewno istnieje jakieś prawo, na mocy którego szkołą jest miejsce, gdzie dzieci głośno czytają.

— Zdumiewające, jak doskonale poznałeś prawo Nueva Barcelona — zachwyciła się Mama Wiewiórka. — Prawo zakazuje nam nakłaniania dzieci do głośnego czytania czy recytowania, jak również pisania na papierze lub tabliczce i dodawania.

— Więc uczycie ich tylko odejmowania, mnożenia i dzielenia? — zgadł Arthur Stuart.

— I liczenia. Pragniemy żyć zgodnie z prawem.

— A te dzieci? Mieszkają w sąsiedztwie?

— W tym domu — oznajmiła Mama Wiewiórka. — Wszystkie są moje.

— Jesteś zdumiewającą kobietą.

— Czy mogę odrzucać to, co mi daje Bóg?

— To sierociniec, prawda?

— To pensjonat — poprawiła go. — Dla podróżnych. Oczywiście mieszkam tu razem z mężem i dziećmi.

— Przypuszczam, że prowadzenie sierocińca jest niezgodne z prawem — domyślił się Alvin.

— W sierocińcu — wyjaśniła — musielibyśmy uczyć religii katolickiej wszystkie białe dzieci, natomiast dzieci kolorowe musieli byśmy wystawić na aukcję po ukończeniu przez nie szóstego roku życia.

— Więc sądzę, że wiele biednych czarnych kobiet wolałoby zostawić swoje maleństwo pod twoimi drzwiami niż na progu sierocińca.



20 из 284