
— Zawsze jesteś taki uczciwy? — spytał Alvin.
— W kwestiach pieniężnych — zawsze.
— Ale nie w innych.
— Muszę przyznać, że historie, które opowiadam, nie wszystkie są tak do końca prawdziwe.
— No, naturalnie. Nie można opowiedzieć dobrej historii, nie poprawiwszy jej tu i tam.
— Można, ale co robić, kiedy tę samą historię masz opowiedzieć tym samym ludziom? Trzeba ją zmienić, żeby nadal była ciekawa.
— Więc manipulujesz prawdą ze względu na innych.
— Z czystego chrześcijańskiego miłosierdzia.
Coz spał, kiedy go znaleźli, ale nie był to letarg kogoś, kto właśnie oberwał po głowie, lecz sen sprawiedliwego. Abe przyłożył palec do ust, dając znak, że gadanie bierze na siebie. Dopiero gdy Alvin i Arthur Stuart kiwnęli głowami, trącił śpiącego stopą.
Coz odkaszlnął i otworzył oczy.
— Co ja tu robię?
— Budzisz się — wyjaśnił Abe. — Ale jeszcze przed chwilą spałeś.
— Tak? Dlaczego?
— Właśnie zamierzałem cię spytać o to samo. Dobrze się ba wiłeś z tą panią, którą tak bardzo pokochałeś?
— No jasne — skłamał Coz, choć widać było, że nic nie pamięta. — To niesamowite… Była… nie, nie powinienem mówić w obecności tego chłopca.
— Lepiej nie mów — zgodził się Abe. — Musiałeś sobie wczoraj nieźle golnąć.
— Wczoraj? — zdziwił się Coz.
— Minęła cała noc i dzień, odkąd z nią zniknąłeś. Ale powiadam ci, nie dostaniesz ani grosza z mojej połowy, żebyś wiedział.
Coz poklepał się po kieszeniach i zrozumiał, że został pozbawiony portfela.
— A niech by to jasna, ciasna… A to tacy owacy…
— Coz ma talent do przeklinania w obecności dzieci — wyjaśnił Abe.
— Straciłem portfel!
