
Ale ten człowiek mógł być jednym z najokrutniejszych sługusów Hitlera. Chociaż… Strój wskazywał na lata dwudzieste, fryzura także, i kapelusz, który nosił na początku, kiedy się pojawił. Teraz chodził z gołą głową.
Rune musiał zahamować nieco bieg myśli. Jeśli ten mężczyzna w latach dwudziestych był w średnim wieku, to znaczy, że teraz już nie żył. To jednak się nie zgadzało. Rune, który swobodnie poruszał się po tym i po tamtym świecie, potrafił jednoznacznie określić, czy ma do czynienia z duchem, czy też z żywą osobą. A ten człowiek duchem nie był. Nie był też upiorem ani nieziemską istotą.
W tym więc tkwiła zagadka Lynxa. Nie mogli pojąć, czym był. Nie duchem… A jednocześnie nie należał do teraźniejszości.
Różnił się też od Marca i samego Runego, obu nieśmiertelnych, zachowujących wieczną młodość. Reprezentował sobą coś zupełnie innego.
W trakcie rozmyślań Rune zdołał zarejestrować, że Lynx należał do ludzi w pyknicznym, jowialnym, germańskim typie. Bez trudu mógł sobie go wyobrazić jako pater familias w krótkich spodniach i tyrolskim kapelusiku, z rogiem w jednej, a kuflem piwa w drugiej ręce. Ale u Lynxa cechy te były wyjątkowo odpychające. Cała jego niemożliwa do zidentyfikowania postać, od której wprost biła pogarda dla ludzi, była tak odrażająca, że Rune cofnął się jeszcze o kilka kroków.
W tym samym momencie, kiedy Lynx już uniósł ramię, by pochwycić go swą przedziwną macką, Rune powiedział cicho:
– Fritz!
Zrobił to tylko po to, by zaznaczyć, że wie, skąd Lynx pochodzi. Posłużył się przy tym powszechnie używanym określeniem Niemca.
