
Największe jednak wrażenie wywierał bijący od niego autorytet. Oto jeden z archaniołów, kiedyś najpierwszy z nich, stworzony z płomienia, strącony, ponieważ podał w wątpliwość trafność osądu Pana.
Tengel Zły niewiele o tym wiedział, czuł jedynie, że oto stoi w obliczu kogoś, kto nie ma sobie równych.
I bardzo, bardzo mu się to nie podobało.
Dlaczego to, co twierdzą ludzie, okazuje się nieprawdą? myślał urażony. Dlaczego Lucyfer i Szatan nie są jedną i tą samą osobą? Dlaczego ten kolos traktuje mnie tak pogardliwie i kłamie?
I to on wspiera Ludzi Lodu! Nic dziwnego, że ośmielili się sprzeciwić swemu potężnemu przodkowi, Tan-ghilowi ze Źródła Zła!
Lucyfer uniósł dłoń.
– Masz na sumieniu życie wielu niewinnych ludzi. Im nie będę już przysparzał cierpień, wykorzystując ich do opóźniania twej podróży. Zabiłeś jednak także wielu podobnych do ciebie i teraz sobie o nich przypomnisz!
– Nie wolno ci mnie tknąć! Jestem władcą świata!
– Jeszcze nim nie jesteś i nie będziesz, dopóki nie napijesz się ciemnej wody i nie odzyskasz pełni sił. A możesz mi wierzyć, czekają cię kłopoty z dotarciem do źródła.
Wystarczyło skinienie ciemnej dłoni, a już Tengel Zły poczuł, jak para rąk w żelaznym uścisku unieruchamia mu nogę. Spojrzał w dół i zobaczył martwego człowieka, obiema rękami trzymającego go za kostkę. Wprawdzie mężczyzna ten leżał twarzą do ziemi, ale Tengel zdołał rozpoznać tego, którego zwano Numecem Dwa w jego bandzie, pomagającej mu przez ostatni tydzień.
