
Szarpnął nogą, by zrzucić ciężar, ale zwłoki zdawały się ciężkie jak ołów, wyglądały jak wyrzeźbione z kamienia.
– Ha! – wrzasnął do Lucyfera. – Myślisz, że ten tutaj powstrzyma mnie od zejścia w Dolinę? Bez trudu pociągnę go za sobą.
Nie zdążył jeszcze wypowiedzieć tego do końca, a już kolejny martwy uczepił się jego drugiej nogi.
– Nie doceniasz mnie – rzekł Tengel z pogardą.
Ale w tym czasie następny zmarły uchwycił się kostek pierwszego, kolejny – drugiego. Tengela Złego przytrzymywały teraz cztery trupy. Ciężkie jak kamienie, nieruchome. We wszystkich rozpoznał swych dawnych popleczników.
Za nimi pojawił się jeszcze jeden, i jeszcze następny, i jeszcze…
Tengel ledwie mógł teraz poruszyć nogą. Choć miotał przekleństwa i za wszelką cenę usiłował odczynić zaklęcie rzucone przez Lucyfera, martwi ludzie jeden za drugim chwytali się z całych sił stóp poprzednika i obracali w ciężki kamień. Utworzyły się z nich dwa długie łańcuchy ołowianych zwłok.
– Topór! – zawył Tengel Zły. – Dajcie mi topór, odrąbię te ręce, które mnie przytrzymują!
– Tego metalu nie ima się żaden topór na świecie – oznajmił Lucyfer. – Możesz próbować ich rąbać do dnia sądu.
Tengel szarpał i ciągnął, by przesunąć się do przodu, ale wszystko na próżno.
– Nic, nic mnie nie powstrzyma w dotarciu do mego naczynia z wodą – syknął, a potem zawołał głośno, aż jego głos poniósł się echem po lodowcu: – Lynx! Lynx! Zatrzymaj tych łotrów! Opóźnij ich wędrówkę, to będziesz mógł do woli posilić się w raju dla takich jak ty!
Lucyfer powrócił do ludzkich rozmiarów. Skrzydła zniknęły, ramiona znów okryte miał opończą. Obrócił się plecami do rozwścieczonego Tan-ghila i objął Runego.
