
Ahrimanowi zależało teraz na dotarciu do naczynia z wodą zła. Nie wiadomo, jakie łączył z tym plany. Może wydawało mu się, że mógłby sam napić się ciemnej wody i w ten sposób zdobyć nieograniczoną potęgę? Jeśli tak, to bardzo się mylił, bo uprzednio musiałby dotrzeć do Źródła Zła, a tego dokonać mogą tylko ludzie, nie jakieś mniej lub bardziej wątpliwe bóstwa.
Tengel Zły, rozgniewany przypomnieniem upokorzenia, jakiego doznał, kiedy to Ahriman, a nie on sam rozplątał czarodziejskie runy, odwrócił się do perskiego bożka plecami. Tonem pełnym pogardy zaczął przemawiać do Runego:
– A więc jesteś nieśmiertelny, nędzny korzeniu, ciekawe, kto ci w tym pomógł…
Urwał. Przypomniał sobie, jak setki lat temu w Dolinie Ludzi Lodu podejmował daremne próby unicestwienia alrauny. I zaczął gorączkowo zastanawiać się nad Runem. W czasach, kiedy przebywał na Wschodzie, słyszał wszak o innych mandragorach. Bez trudu dało się je niszczyć.
Dlaczego więc ta nie poddaje się jego wpływom?
Niewiele więcej zdążył pomyśleć, bo lodem pod jego stopami targnął nagły wstrząs, nie pierwszy tego dnia. Całkiem niedawno miało miejsce coś podobnego.
Pozostali także zwrócili na to uwagę. Popatrzyli na siebie, ale nic nie powiedzieli. Drżenie ustąpiło prawie w tym samym momencie, kiedy się zaczęło.
– Oszczędzę cię, nędzny korzeniu – rzekł Tan-ghil. – Jeśli zdradzisz nam, kto się za tym kryje.
– Odpowiedź na to jest bardzo prosta – stwierdził Rune. – Twoi potomkowie, wszyscy są twojej krwi.
– Wiem o tym – prychnął Tengel. – Ale jest wśród nich jeden szczególny!
