
– Obiecuję to pani, panno Dexter.
– Oczywiście, że będzie miał najlepszą opiekę – mruknęła ze złością.
Nie mówiła do niego, tylko do siebie.
Zatrzymali się pod najbardziej luksusowym hotelem w Sydney. Umundurowany portier otworzył drzwiczki limuzyny, zgiął się w ukłonie przed księciem i łypnął podejrzliwie na Tammy. Ona z kolei patrzyła na gruby czerwony chodnik prowadzący do wielkich szklanych drzwi, na bijące po obu stronach wejścia niewielkie fontanny, na widoczne w głębi holu kryształowe żyrandole i stojący na podeście fortepian. Ze środka dobiegały dźwięki preludium Chopina. I to miało być odpowiednie miejsce dla kilkumiesięcznego dziecka? Jego Wysokość ewidentnie nie miał problemów finansowych, ale chyba brakowało mu wyobraźni…
Charles, który również wysiadł, przypatrywał się Tammy z takim niepokojem, jakby mogła Marka czymś zarazić.
– Naprawdę Wasza Książęca Mość nie chce wrócić na noc do ambasady? – spytał niemal błagalnie.
– Nie, zostanę w hotelu. Proszę przyjechać po mnie i chłopca jutro o jedenastej rano. Lecimy o drugiej po południu.
– Jak Wasza Książęca Mość sobie życzy. – Charles skłonił się, wsiadł do limuzyny i odjechał.
Zostali we dwoje na pąsowym chodniku. Książę i… księżniczka? Tammy popatrzyła po sobie i niemal się roześmiała, choć wcale nie było jej do śmiechu.
– Proszę mnie zabrać do Henry'ego.
– A nie chce pani najpierw odświeżyć się po podróży?
Spiorunowała go wzrokiem.
– Sądzi pan, że będzie miało dla niego znaczenie, jak wyglądam? Że oceni mnie po zakurzonym ubraniu?
– No… Raczej nie.
– To na co pan czeka?
Pochwyciła nieufne spojrzenie portiera. Najchętniej kazałby jej się stąd zabierać. Wyglądała na taką, co tylko sprawia eleganckim gościom kłopoty.
– Proszę się nie obawiać, nie zamierzam obrabować Jego Wysokości – oznajmiła mu. – Przyjechałam się z kimś zobaczyć. Z kimś bardzo ważnym.
Z podniesioną głową weszła do środka, a księciu nie pozostało nic innego, jak podążyć za nią.
