Wjechali na szóste piętro. Mark pukał kilkakrotnie, zanim drzwi się wreszcie otworzyły. Tammy bezceremonialnie odsunęła go na bok i jak bomba wpadła do środka. Nawet nie spojrzała na zapierającą dech w piersiach panoramę z widokiem na słynną operę. Obchodził ją tylko Henry.

Do złudzenia przypominał malutką Larę!

Taka sama burza cudownie miękkich czarnych loczków, takie same brązowe oczy, wielkie na pół twarzy. Różnica była tylko jedna – na buzi Lary niemal nieustannie gościł najpiękniejszy na świecie uśmiech, podczas gdy jej synek…

Henry siedział w rogu łóżeczka i apatycznie patrzył przez okno. Na chwilę odwrócił głowę w stronę wchodzących, ale jego oczy pozostały puste i bez wyrazu. To dziecko na nikogo i na nic już nie czekało, więc nie potrafiło się ucieszyć na czyjś widok.

W całym pokoju nie było ani jednej zabawki, za to grał telewizor, a na stoliku leżał porzucony w pośpiechu kolorowy magazyn. I to miała być opieka nad dzieckiem! Wielkie nieba!

Tammy upuściła plecak na podłogę, w ułamku sekundy znalazła się przy łóżeczku i porwała chłopczyka w objęcia. Wtuliła twarz w jego włoski. Dopiero teraz uwierzyła w to, co powiedział Mark. Rzeczywiście miała siostrzeńca. Henry istniał naprawdę, można było go dotknąć.

Rozpłakała się – ona, która od lat nie uroniła jednej łzy.

Dziecko nie zareagowało w żaden sposób. Jego ciałko pozostało sztywne, obojętny wyraz jego ślicznej buzi nie zmienił się ani na jotę.

Po jakimś czasie Tammy uspokoiła się nieco. Obok stał fotel, wiec opadła na niego i posadziła sobie chłopczyka na kolanach, by mu się uważniej przyjrzeć. Przez chwilę patrzył na nią obojętnie, a potem jego apatyczny wzrok powędrował z powrotem do okna, jakby to było dla niego bardziej interesujące niż widok ludzkiej twarzy.

– Henry? – szepnęła czule Tammy, ale malec nawet nie drgnął.

– Jeszcze nie reaguje na swoje imię, ma dopiero dziesięć miesięcy – wtrąciła opiekunka, która do tej pory milczała niepewnie. Wyglądała na szesnaście lat, nie więcej.



17 из 105