
– Ale…
– Żadnego ale! Mam do tego pełne prawo, a wy wszyscy możecie iść do diabła!
ROZDZIAŁ TRZECI
Tammy przeszła przez apartament jak tornado, rzucając na fotel wszystko, co było dziecku potrzebne. Ani na moment nie przestała przytulać chłopczyka do siebie, jakby w obawie, że Mark go porwie.
– Czy możemy porozmawiać? – poprosił książę, pragnąc przemówić jej do rozumu.
– Nie ma o czym – rzuciła przez ramię.
– Nie może go pani tak po prostu wziąć ze sobą.
– Nie mogę? A niby dlaczego?
– Nie stać pani na utrzymanie dziecka.
Odwróciła się do niego jak wcielenie furii.
– Owszem, nie stać mnie na coś takiego. – Wzgardliwym gestem wskazała luksusowy apartament. – Ale Henry nie potrzebuje zbytku, płatnych opiekunek i hotelowej obsługi. Potrzebuje kogoś, kto będzie go nosił na rękach, śmiał się do niego i bawił się z nim, a tego pan nie może mu zapewnić. Udowodnił to pan aż nazbyt dobrze. – Znów się odwróciła, chwyciła ze stołu torebkę z mlekiem w proszku i gniewnie rzuciła ją na fotel, po niej drugą. – Niech pani będzie rozsądna! Nie mówimy o opływaniu w luksusy. Utrzymanie dziecka to poważne koszty, a pani nie ma dość pieniędzy.
– Kto powiedział, że nie mam?
– Przecież wystarczy na panią spojrzeć – wyrwało mu się, i to był błąd.
Tammy zauważyła trzecią torebkę, tym razem otwartą. Złapała ją i cisnęła prosto w Marka.
Trafiła w tors. Chmura białego proszku na moment wzbiła się w powietrze, a potem opadła, obsypując grubą warstwą paradny strój księcia. Cała trójka dorosłych zamarła na długą chwilę.
– Przepraszam – wydusiła w końcu z siebie Tammy. – Nie powinnam była.
– To mój najlepszy strój – zauważył Mark, ale głos mu podejrzanie drżał.
Czy to możliwe, by z trudem powstrzymywał wybuch śmiechu? I czemu nagle i ją naszła nieodparta ochota, by się roześmiać?
