
Mary stanęła tuż za Dunworthym, wciąż ściskając w dłoni chusteczkę.
— Kiedy miałam dziewiętnaście lat… Mój Boże, kto by pomyślał, że to było czterdzieści lat temu! Nie zdawałam sobie sprawy, że minęło tyle czasu… W każdym razie, podróżowałam z siostrą po Egipcie. Działo się to w trakcie Wielkiej Epidemii. Wszędzie dokoła wprowadzano kwarantannę, a Izraelczycy strzelali do każdego Amerykanina, jaki pojawił się w zasięgu wzroku, lecz my nie zwracałyśmy na to najmniejszej uwagi. Chyba nawet nie przyszło nam do głowy, że grozi nam jakieś niebezpieczeństwo, że możemy się zarazić albo zostać wzięte za Amerykanki. Chciałyśmy zobaczyć piramidy i nie interesowało nas nic więcej.
Kivrin przerwała modlitwę, Badri natomiast wstał od pulpitu, podszedł do dziewczyny i rozmawiał z nią co najmniej przez minutę. Głęboka zmarszczka ani na chwilę nie zniknęła z jego czoła. Kivrin uklękła, a następnie położyła się na plecach z jednym ramieniem przerzuconym bezwładnie w taki sposób, żeby częściowo zasłaniało jej oczy. Technik poprawił ułożenie sukni, zmierzył natężenie światła, wrócił do konsolety i powiedział parę słów do mikrofonu. Kivrin leżała bez ruchu. W blasku lamp krew zasychająca powoli na jej skroni wydawała się niemal czarna.
— Mój Boże, wygląda tak młodo… — szepnęła Mary.
Badri ponownie rzucił kilka słów do mikrofonu, przez chwilę wpatrywał się w ekrany monitorów, po czym wrócił do Kivrin. Poprawił jej prawy rękaw, znowu zmierzył natężenie światła, delikatnie przesunął ramię zasłaniające oczy, powtórzył pomiar.
— I co, zobaczyłyście piramidy? — zapytał Dunworthy.
— Proszę?
— Wtedy, w Egipcie. Kiedy pojechałyście na Bliski Wschód nie zważając na niebezpieczeństwo. Udało wam się obejrzeć piramidy?
— Nie. Akurat tego dnia, kiedy miałyśmy wyruszyć na pustynię, w Kairze ogłoszono kwarantannę. — Mary spojrzała na Kivrin leżącą nieruchomo na podłodze laboratorium. — Ale zobaczyłyśmy Dolinę Królów.
