
— Owszem, bardzo chętnie — odparł Dunworthy, zadowolony, że sekretarz wreszcie przestał zadręczać go dzwonniczkami z Kolorado. — I proszę go poinformować, że po południu będziemy chcieli wejść na dzwonnicę, żeby pokazać Amerykankom nasze dzwony.
— Dobrze, proszę pana. A co pan sądzi o Iffley? Może tam też je zaprowadzić? Jedenasty wiek, prawdziwe cacko…
— Znakomity pomysł — przerwał mu Dunworthy. — Koniecznie muszą zobaczyć Iffley. I niech pan im obieca, że przyjdę najprędzej, jak będę mógł.
Finch otworzył usta, zamknął je, przez chwilę przestępował niepewnie z nogi na nogę.
— Dobrze, proszę pana — powtórzył wreszcie, odwrócił się i wyszedł przy akompaniamencie „Wśród nocnej ciszy”.
— Nie sądzisz, że byłeś dla niego odrobinę zbyt ostry? — zapytała Mary. — Bądź co bądź, spotkania z Amerykanami bywają ogromnie interesujące.
— Wróci najdalej za pięć minut, żeby zapytać, czy najpierw nie powinien jednak pójść z nimi do college’u Christ Church. Ten chłopiec jest całkowicie pozbawiony inicjatywy.
— Wydawało mi się, że cenisz to u młodych ludzi — zauważyła z przekąsem. — Tacy jak on z pewnością nie będą usiłowali za wszelką cenę wyrwać się do średniowiecza.
Drzwi otworzyły się i do wnętrza pubu wpadło kilka taktów „Cichej nocy”.
— To na pewno on. Zaraz zapyta, co podać im na lunch.
— Gotowaną polędwicę z rozgotowanymi jarzynami — poradziła Mary. — Amerykanie uwielbiają opowiadać niestworzone historie o naszej okropnej kuchni… O mój Boże!
Dunworthy odwrócił się w stronę wejścia. Na schodkach, na tle prostokąta szarego dziennego światła, stali Gilchrist i Latimer. Gilchrist uśmiechał się szeroko i mówił coś, czego nie było słychać z powodu dobiegającej z zewnątrz melodii wygrywanej przez kuranty, Latimer natomiast usiłował złożyć duży czarny parasol.
— Chyba powinniśmy pokazać klasę i zaprosić ich do stolika…
