
— Najpierw dokładne badanie krwi — powiedziała Mary, gramoląc się z ambulansu. — Czynnik Christmasa, zahamowanie hemaglutynacji, przeciwciała…
Dunworthy także wysiadł z samochodu i ruszył za nią w kierunku izby przyjęć. Kiedy tam dotarł, Mary rozmawiała już z rejestratorką.
— Proszę odszukać kartę pacjenta. Nazywa się Badri… A jak dalej, James?
— Chaudhuri.
— Numer ubezpieczenia? — zapytała rejestratorka.
— Nie mam pojęcia — odparł Dunworthy. — Pracuje w Balliol.
— Przepraszam, ale czy mógłby pan przeliterować nazwisko?
— C-H-A…
Kątem oka dostrzegł, że Mary znika za szklanymi drzwiami korytarza prowadzącego w głąb szpitala, więc wystartował za nią. Rejestratorka wykazała się jednak znakomitym refleksem, ponieważ zdążyła wyskoczyć zza kontuaru i zagrodzić mu drogę.
— Przykro mi, ale nie może pan tam wejść — poinformowała go grzecznym, lecz stanowczym tonem. — Proszę usiąść i zaczekać.
— Muszę koniecznie porozmawiać z pacjentem, którego właśnie przyjęliście!
— Czy jest pan jego krewnym?
— Nie. Jestem jego przełożonym. To bardzo ważna sprawa.
— Właśnie rozpoczęło się badanie. Jak tylko dobiegnie końca, zapytam lekarza dyżurnego, czy pozwoli panu na widzenie z pacjentem.
Usiadła z powrotem przy komputerze, ale co chwila zerkała czujnie na Dunworthy’ego, jakby chciała go ostrzec, że przy pierwszych oznakach niesubordynacji jest gotowa rzucić się na niego i powalić na podłogę.
Dunworthy przez chwilę zastanawiał się całkiem serio, czy mimo wszystko nie spróbować przedrzeć się siłą, ale w końcu doszedł do wniosku, że mógłby zostać ukarany całkowitym zakazem wstępu do szpitala, a poza tym Badri w swoim obecnym stanie niewiele zdołałby mu powiedzieć. W chwili, gdy wynoszono go z karetki, ponad wszelką wątpliwość był nieprzytomny, a do tego miał wysoką temperaturę.
