
Latimer powiesił parasol na oparciu krzesła, na sąsiednim natomiast postawił torbę Mary ze świątecznymi zakupami. Była znowu pełna, więc zapewne udało mu się pozbierać wszystkie paczki i zawiniątka, które wysypały się na podłogę laboratorium. Na samym wierzchu leżało pudełko z szalikiem, tuż obok zaś dwie albo trzy czekoladki w kolorowych papierkach.
— Nigdzie nie mogliśmy znaleźć taksówki — wysapał, po czym ciężko usiadł obok pakunków. — Musieliśmy przyjechać metrem.
— Skąd pochodzi ten praktykant, Puchalski, który miał wykonać obliczenia do przeskoku? — zapytał Dunworthy. — Muszę z nim porozmawiać.
— Na jaki temat, jeśli wolno wiedzieć? A może już zdążył pan przejąć zwierzchnictwo nad sekcją średniowiecza, tylko ja nic o tym nie wiem?
— Ktoś musi odczytać współrzędne, żebyśmy mieli pewność, czy wszystko jest w porządku.
— Pan zapewne byłby zachwycony, gdyby okazało się, że coś poszło nie tak jak należy, nieprawdaż? Od samego początku usiłował pan sabotować nasz projekt.
— Gdyby? — powtórzył z niedowierzaniem Dunworthy. — Przecież już wszystko poszło nie tak jak należy! Badri wylądował w szpitalu, a my nawet nie wiemy, czy Kivrin trafiła tam, gdzie powinna. Słyszał pan, co mówił Badri: coś się nie zgadza z lokalizacją. Musimy znaleźć technika, który powie nam, o co konkretnie chodzi.
— Osobiście nie przywiązywałbym zbyt dużej wagi do słów człowieka znajdującego się pod wpływem narkotyków, endorfiny albo jakiegoś innego świństwa — odparł Gilchrist. — Pozwolę też sobie zwrócić panu uwagę, panie Dunworthy, iż odpowiedzialność za ewentualne kłopoty ponosi wyłącznie sekcja dwudziestego wieku. Pan Puchalski doskonale radził sobie z obliczeniami, ale dałem się panu przekonać i zastąpiłem go technikiem z pańskiej sekcji. Jak widać, nie powinienem tego czynić.
Nagle otworzyły się drzwi. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę, ale to tylko pielęgniarka przyniosła telefon, wręczyła go Dunworthy’emu i bez słowa wymknęła się na korytarz.
