
— Muszę zadzwonić do Brasenose i powiedzieć im, gdzie jestem — oświadczył Gilchrist.
Nie zwracając uwagi na jego słowa, Dunworthy włączył ekran, podniósł słuchawkę, po czym wystukał numer sekretariatu Jesus College.
— Proszę podać mi nazwiska i domowe numery telefonów waszych techników — powiedział do sekretarki, kiedy ta pojawiła się na ekranie. — Chyba że któryś został na uczelni?
Niestety wszyscy wyjechali do domów. Zapisał nazwiska i numery na odwrocie jednej z leżących na stoliku ulotek, podziękował sekretarce, przerwał połączenie, po czym wystukał pierwszy numer z listy.
Zajęty. To samo było z drugim, trzeciego natomiast nawet nie zdążył wybrać do końca. Mimo to próbował nadal, aż wreszcie usłyszał głos komputera, który oznajmił bez emocji:
— Uprzejmie informujemy, że wszystkie linie są zajęte. Prosimy zadzwonić później.
Zatelefonował do Balliol, najpierw do swojego biura, potem do głównego hallu, ale nikt nie odebrał. Czyżby Finch zawiózł Amerykanki do Londynu, żeby pokazać im Big Bena?
Gilchrist stał tuż obok, czekając na możliwość skorzystania z aparatu, Latimer natomiast podszedł do stolika i bezskutecznie usiłował włączyć elektryczny czajnik. Sanitariuszka, która obudziła się z drzemki, przez chwilę obserwowała go z zainteresowaniem, a następnie podniosła się z fotela, by mu pomóc.
— Skończył pan wreszcie? — zapytał Gilchrist ze zniecierpliwieniem.
— Nie. — Dunworthy jeszcze raz spróbował połączyć się z Finchem, lecz bez rezultatu. — Musi pan wezwać tu swojego technika — zwrócił się do Gilchrista, odkładając słuchawkę. — Trzeba jak najprędzej ściągnąć Kivrin, zanim opuści miejsce przeskoku.
— Muszę? — powtórzył z niedowierzaniem Gilchrist. — Pan chyba zapomina, że to nasza operacja, nie pańska!
— Teraz to nie ma najmniejszego znaczenia — odparł Dunworthy, ze wszystkich sił starając się zachować spokój. — Przecież pojawienie się jakichkolwiek problemów automatycznie powoduje odwołanie przeskoku.
