Obecnie dawna wiedza znajdowała się w posiadaniu rozproszonej garstki ludzi, którzy chronili ją, a także nauczali jej w miejscach takich jak prywatna szkoła pani Greeb dla dzieci czarowników. To było jakby dziedzictwo, święty depozyt, którego zobowiązani byli strzec.

— Wszystko przez te bzdury związane z księgowością — stwierdziła pani Greeb. — Nie mam pojęcia, skąd mu to strzeliło do głowy… Zupełnie też nie rozumiem, dlaczego to nie zostało zduszone w zarodku — dodała, patrząc oskarżycielsko na państwa Dee.

Ojciec Mortona poczuł, że pieką go policzki.

— Wiem jedno — kontynuowała nauczycielka. — Dopóki Morton będzie myślał o tych bzdurach, nie zdoła zwrócić należytej uwagi na magię!

Pan Dee odwrócił wzrok od czerwonych źrenic wiedźmy. To była jego wina. Nie powinien był nigdy przynosić do domu tej zabawki — maszyny do liczenia dla dzieci. A gdy po raz pierwszy zobaczył Mortona, bawiącego się w podwójną księgowość, należało natychmiast spalić rejestr.

Ale skąd mógł przypuścić, że te zainteresowania jego syna przerodzą się w obsesję?

Jego żona wygładziła fartuszek i powiedziała:

— Pani Greeb, zdaje sobie pani sprawę, że ufamy pani bezgranicznie. Co mogłaby nam pani doradzić w tej sytuacji?

— Ze swej strony zrobiłam już co mogłam — odrzekła wiedźma. — Jedyne, co pozostało do zrobienia, to wezwać Boarbasa, Demona Dzieci. Ale to, oczywiście, zależy od państwa.

— Och, nie sądzę, żeby w tej chwili sprawy zaszły już aż tak daleko — oznajmił szybko pan Dee. — Wezwanie Boarbasa to poważny krok.

— Tak jak powiedziałam, zależy to od państwa — powtórzyła pani Greeb. — Wezwijcie Boarbasa lub nie, jeśli uważacie to za stosowne. Ale biorąc pod uwagę aktualny stan rzeczy, wasz syn nigdy nie zostanie czarownikiem.



3 из 12