
Odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.
— Nie zostanie pani na filiżankę herbaty? — spytała pospiesznie pani Dee.
— Nie, muszę wziąć udział w Sabacie Czarownic w Cincinnati — stwierdziła pani Greeb, po czym zniknęła, pozostawiając po sobie kłąb pomarańczowego dymu.
Pan Dee machnięciem dłoni rozwiał chmurę i zamknął drzwi.
— Phi! — odezwał się. — Można by pomyśleć, że ona używa jakiejś perfumowanej pochodni.
— Jest nieco staroświecka — wymamrotała pani Dee.
Przez chwilę stali w milczeniu w pobliżu drzwi. Pan Dee dopiero teraz zaczął odczuwać szok, związany z tym, czego się dowiedział. Trudno mu było uwierzyć, że jego własny syn, krew z krwi i kość z kości, nie chce kontynuować rodzinnej tradycji. To nie mogła być prawda!
— Po kolacji — oznajmił w końcu — przeprowadzę z nim rozmowę jak mężczyzna z mężczyzną. Jestem pewien, że obejdzie się bez interwencji jakiegokolwiek demona.
— To dobrze — odparła pani Dee. — Jestem przekonana, że potrafisz wytłumaczyć chłopcu niestosowność jego postępowania.
Uśmiechnęła się i Dee, jak za dawnych czasów, dostrzegł w jej źrenicach typowy dla czarownic błysk.
— Moja pieczeń! — wykrzyknęła nagle, łapiąc oddech, a ognik zgasł w jej oczach. Pobiegła z powrotem do kuchni.
Kolację zjedli w milczeniu. Morton wiedział, że pani Greeb złożyła wizytę w ich domu i jadł swoją porcję w ciszy, z poczuciem winy, od czasu do czasu popatrując na ojca. Pan Dee kroił i serwował pieczeń, ponuro marszcząc brwi. Nawet pani Dee nie podjęła próby rozpoczęcia choćby błahej konwersacji.
Przełknąwszy deser, chłopiec popędził do swojego pokoju.
— Zaraz się przekonamy — powiedział pan Dee do swej żony. Dopił resztkę kawy, wytarł usta i wstał od stołu.
— Teraz zamierzam z nim porozmawiać — oznajmił. — Gdzie jest mój Amulet Perswazji?
