
Pani Dee przez chwilę zastanawiała się głęboko. Potem przemierzyła pokój i podeszła do biblioteczki.
— Jest tutaj — powiedziała, wyjmując talizman spomiędzy stron powieści w kolorowej okładce. — Używałam go jako zakładki.
Pan Dee wsunął amulet do kieszeni, wziął głęboki oddech i wkroczył do pokoju syna.
Morton siedział przy biurku. Przed nim znajdował się otwarty notatnik, zabazgrany cyframi i jakimiś uwagami, zapisanymi drobnym, pedantycznym charakterem pisma. Na blacie leżało również sześć doskonale zatemperowanych ołówków, gumka do wycierania, liczydło i dziecięca maszyna do liczenia. Stos książek balansował ryzykownie na krawędzi; były tu takie tytuły, jak: „Pieniądze” Rimraamera, „Praktyczna księgowość bankowa” Johnsona i Calhouna, „Studia Ellmana z księgowości porównawczej”, a także chyba z tuzin innych.
Pan Dee przesunął na bok stertę ubrań leżących na łóżku, robiąc sobie miejsce.
— Jak ci leci, synu? — spytał najłagodniejszym tonem, na jaki było go stać.
— Świetnie, tato — odpowiedział skwapliwie Morton. — W „Podstawach księgowości” dotarłem do rozdziału czwartego i odpowiedziałem na wszystkie pytania…
— Synu — pan Dee mówił nadal bardzo cicho — a co z twoją zwykłą pracą domową?
Wyglądało na to, że Morton poczuł się nieswojo; zaczął szurać nogami po podłodze.
— Wiesz, że w dzisiejszych czasach niewielu chłopców ma szansę zostać czarownikami?
— Tak, proszę taty, wiem o tym — odrzekł Morton, po czym nagle odwrócił wzrok. Łamiącym się ze zdenerwowania głosem powiedział:
— Ale, tato, ja chcę zostać księgowym. Naprawdę chcę tego, tato!
Pan Dee potrząsnął głową przecząco.
— Morton, w naszej rodzinie zawsze był czarownik. Od tysiąca ośmiuset lat rodzina Dee była sławna ze swoich nadprzyrodzonych zdolności.
Morton nadal patrzył gdzieś w bok, na krajobraz za oknem, i szurał nogami.
