
— To się jeszcze okaże! — wrzasnął pan Dee, w jednej chwili tracąc całą cierpliwość. — Właśnie, że nie zostaniesz księgowym, młody człowieku! Będziesz czarownikiem. Jeśli to było dobre dla całej reszty twojej rodziny, to, do ciężkiej cholery, będzie dobre także dla ciebie! I nie sądź, młodzieńcze, że tak się cała sprawa zakończy! — To mówiąc z hukiem wypadł z pokoju syna.
Morton natychmiast powrócił do lektury podręczników księgowości.
Pan i pani Dee siedzieli razem na kanapie, nie odzywając się do siebie. Pani Dee pracowicie robiła na drutach szalik, ale myślami była daleko. Pan Dee markotnie wpatrywał się w dziurę, wytartą na skutek zużycia w dywanie, leżącym na podłodze living-roomu.
W końcu Dee oznajmił:
— Najwyraźniej go rozpieściłem. Boarbas to jedyne rozwiązanie.
— Och, nie — powiedziała pospiesznie pani Dee. — To jeszcze taki dzieciak!
— Czy chcesz, żeby twój syn został księgowym? — spytał gorzko pan Dee. — Chcesz, żeby dorastał, bazgrząc jakieś liczby, zamiast wykonywać zadania dla Księcia Ciemności?
— Oczywiście, że nie — odparła. — Ale Boarbas…
— Wiem. Już teraz czuję się jak morderca.
Zastanawiali się przez jakiś czas. Potem pani Dee zaproponowała:
— Może jego dziadek mógłby coś zrobić. Zawsze przepadał za swoim wnusiem.
— Może mógłby — odparł pan Dee z namysłem. — Nie wiem jednak, czy powinniśmy go niepokoić. Mimo wszystko starszy pan jest przecież martwy od trzech lat.
— Wiem o tym — rzekła pani Dee, łapiąc zgubione oczko w szaliku. — Ale pozostaje nam wybór pomiędzy nim a Boarbasem.
Pan Dee zgodził się z tym. Boarbas był nieskończenie gorszy niż zakłócenie wiecznego spokoju dziadka Mortona. Zaczął natychmiast przygotowywać się do wezwania swego zmarłego ojca.
Zgromadził potrzebne rekwizyty: pęd lulka czarnego, róg jednorożca, cykutę, a także fragment zęba smoka, i położył to wszystko na dywanie.
