
– Monika?
Księżniczka spokojnie wyszła przed szereg. Klacz ostrzegawczo położyła po sobie uszy. Wyczuła wampira szóstym zmysłem. Stanisława przygryzła wargi. Zapomniała…
– Nie – mruknęła. – Wracaj na miejsce, ty przecież umiesz… A szkoła to miejsce, gdzie uczymy się rzeczy nowych. Gosia.
Brunetka z warkoczem szła jak na ścięcie. Wyraźnie zbladła.
– Hej, może tak trochę odwagi? – parsknęła nauczycielka. – Konie, owszem, gryzą i kopią – chyba niepotrzebnie o tym powiedziała – ale tylko w określonych przypadkach.
Uczennica zbladła jeszcze bardziej, jakby miała zaraz zemdleć.
– Jazda konna jest łatwa i przyjemna… Zaczep stopę o strzemię i hop, na górę.
Dziewczyna jakoś się wdrapała, opadła w siodło z gracją worka kartofli. Klacz obejrzała się, zdziwiona, i cicho parsknęła.
– Siądź prosto, łokcie przy bokach, rany, złap cugle. Gdzie się przechylasz, chcesz spaść?! I nawet nie próbuj zsiadać. Wio. No i czemu beczysz? Historyczka. Szesnastoletnia panna, a ryczy, jakby z przedszkola wypuścili. Ja w waszym wieku nie wyobrażałam sobie dnia bez godziny włóczenia się konno po stepie! Złaź, pokażę wam, jak to fajnie…
Wskoczyła na siodło i zrobiła małe kółko.
– Dobra – westchnęła, zsiadając z konia. – Która następna? Beksy!
Wszystkie, nie wiadomo dlaczego, cofnęły się o krok. Z tą konną jazdą chyba trochę jej nie wyszło. Musi wymyślić coś ciekawego na kolejną lekcję. Może poprowadzi zajęcia z fechtunku?
Dyrektor spojrzał przez okno gabinetu. Widok nauczycielki na koniu nieco go rozczulił. Ta to ma pomysły, cały czas kombinuje, jak tu uczennicom dostarczyć trochę radości…
* * *
Polonista siedział w pokoju nauczycielskim i przeglądał prace. Właśnie zrobił dwugodzinny sprawdzian z przerobionego działu. Prace były dziwnie podobne do siebie. Uczennice opanowały materiał, wyciągnęły wnioski, niebawem zapomną… Czytał z rosnącym zniechęceniem. Dziewczęta zreferowały poglądy autora podręcznika, część uzupełniła je o to, czego nauczyły się na lekcji, tylko nieliczne dokonały twórczej syntezy.
