
W ciągu ostatnich czterystu lat Alchemik dwa razy rozważał popełnienie samobójstwa. Ale jeszcze nie pora na trzeci raz…
– Kto wymyślił ten idiotyzm? – zagadnął.
– To nie żaden idiotyzm. Takie jest polecenie Ministerstwa Oświaty – z godnością oświadczyła panienka.
Opuszczając prywatny ośrodek szkolenia, Alchemik pomyślał, że z tym kapitalizmem w Polsce to jakoś nie do końca tak…
– Witamy w krainie racjonalnej świadomości – mruknął pod nosem.
Usłyszał kiedyś to zdanie przypadkiem. Od tamtej pory powtarza je, ilekroć natrafia na naprawdę wstrząsające przejawy ludzkiej głupoty. Co ma zrobić z niewygodnym, bezsensownym przepisem? Na przykład ominąć.
– Powiada pan, że pańskim marzeniem jest nauczanie biologii? – zagadnął dyrektor, taksując przybysza długim spojrzeniem.
Ten uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Siedział na krześle jakby kij połknął. Niewysoki, ale barczysty. Wiele zawodów, obciążających różne partie mięśni i kości, wyrzeźbiło jego sylwetkę. Błękitne oczy płoną pod krzaczastymi brwiami, spojrzenie jest jednocześnie twarde i marzycielskie. Tak patrzą odkrywcy, wynalazcy, podróżnicy. Broda prawie jak u Szamila Basajewa, ale ciemnozłocista, ma barwę dojrzałego miodu. W każdym ruchu, w każdym geście widać potężną energię życiową. Dłonie twarde, naznaczone pracą fizyczną, ale jednocześnie kształtne.
Zdumiewający okaz prawdziwego mężczyzny.
– Dla naszego liceum byłoby zaszczytem zatrudnić kogoś, kto posiada tytuł doktora – dyrektor czuje, jak osobowość petenta dosłownie go przygniata. – Jednak jeśli nie posiada pan uprawnień pedagogicznych…
Spojrzał na leżący przed nim papier. Dyplom wystawiony trzy lata temu przez uniwersytet w North York. Nie doczytał nazwy miejscowości. Wydaje mu się, że chodzi o Nowy Jork, a nie o małą uczelnię w południowej Kanadzie. Doktor biologii. Cholera, nie ma ani jednego doktora w gronie pedagogicznym, a konkurencja przygruchała sobie aż trzech. Jak rozwiązać ten problem? Zatrudnić na lewo? Można za to stracić dotację…
