* * *

Stanisława wzięła jeden dzień urlopu. Grypa wisi w powietrzu, trzeba się przed nią zabezpieczyć. A do tego potrzebuje pewnego specyficznego składnika, którego nie sposób zdobyć w mieście. Wysiadła z pekaesu. Z bagażnika autobusu wyciągnęła rower. Okolica się zmieniła. Jakby zdziczała. Kiedyś były tu rozległe dąbrowy, a pomiędzy nimi pola wydarte lasom. Dziś puszczy nie ma, a stoki wzgórz zarastają chwastami. Droga straszy popękanym asfaltem. Alchemiczka mocniej naciska pedały i po chwili jest na przełęczy pomiędzy dwoma pagórkami. Zatrzymuje rower, zapatrzona na rozległą dolinę u swoich stóp.

Miała dwanaście lat, gdy stała tu z ojcem. Opuścili ukraińskie stepy, zmęczeni ciągłą walką o przetrwanie. Wykorzystali spadek po dalekich krewnych, by osiąść tu, w bezpiecznym miejscu, z dala od kozackich buntów i tatarskich najazdów. Nie zostawili na Kresach nic. Zebrali z pól wszystko, co się dało. Karczmy i młyn sprzedali sąsiadom. Wycięli rosnące przy domu dęby, zrobili z nich solidne wozy. Zgromadzili zapas siana oraz owsa. Kazali chłopom załadować dobytek na fury.

Spalili dwór. Czasem trzeba zniszczyć własny dom, by nie zamieszkał w nim wróg.

Przebyli niemal tysiąc kilometrów. Przywiedli ze sobą osiemdziesiąt krów, dwadzieścia wołów do orki, setkę kóz, siedem koni. W koszach na wozie przyjechały kury i gęsi. Barci nie zabierali, byłyby trochę nieporęczne w transporcie. Ściągnęli ze sobą trzydziestu chłopów z rodzinami oraz trzech rękodajnych. Stanęli tu, na przełęczy, i patrzyli na dolinę, w którą mieli tchnąć nowe życie.

Kruszewice to dziś cztery walące się chałupy. Wtedy też były tu cztery domy. Historia zatoczyła koło. Tylko że dawniej pośrodku przysiółka stał drewniany krzyż. I była nadzieja, że miejsce to stanie się nową kolebką familii… Dziś z całego rodu Kruszewskich pozostały dwie kobiety.

Powoli zjechała w dół. Krzywe płoty z dziurawej, pewnie kradzionej ze składowiska złomu siatki, zardzewiałe i poprzekrzywiane. Domy z pustaków, walące się obejścia. Tylko porzucone tu i ówdzie flaszki po tanim winie świadczą o tym, że ktoś tu jeszcze mieszka. W którejś chałupie gra telewizor. Stanisławę świerzbi ręka. Wygonić hołotę na środek wsi, oćwiczyć nahajami i zagonić do pożytecznej pracy. Wyburzyć te slumsy, a na ich miejsce postawić porządne czworaki…



30 из 204