
Dwór stał na stoku wzgórza. Do dziś widać resztki fundamentów z solidnych granitowych głazów. Kobieta przymyka oczy, koncentruje się. Nie była tu od dobrych stu lat. Wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Pamięta pradziadka swojej kuzynki. Twardy gość z sumiastym wąsem, po obejściu chodził w kontuszu i z szablą przy boku.
W lewo. Prowadząc rower, wchodzi na ledwo widoczną ścieżkę. Gdzieś tutaj stał lamus i spichrze. Jeszcze kilka kroków i jest w miejscu dawnego ogrodu. Krzaki derenia tworzą zbity gąszcz. Spóźniła się. Nie ma już na nich owoców. Za to na krzewach pigwy wiszą cierpkie, żółte jabłuszka. Zrywa je spokojnie, wybierając największe i najładniejsze. Nie liczyła na to, że je znajdzie, ale widocznie żyjących w dolinie chłopów pigwy już nie interesują. Może boją się pracy związanej z ich przetwarzaniem, a może nawet nie wiedzą, co to jest?
Napełniła już plecak. Masa owoców została na gałązkach. Trudno, zmarnują się. Spogląda na zegarek i leciutko przygryza wargi. Trzeba się pospieszyć. Musi złapać autobus, jeśli nie chce przebyć czterdziestu kilometrów do Krakowa na rowerze.
Gdy jedzie pomiędzy chałupami, jakiś plugawy staruch w zaplamionych spodniach i powycieranej kufajce na jej widok odruchowo ściąga beret z głowy. W jego zapijaczonym umyśle zapaliło się jakieś ostrzegawcze światełko. Może sprawiła to jej mina, a może pozostały po przodkach instynkt podpowiada mu, że to dziedziczka? Trzeba zdjąć czapkę, bo pani każe oćwiczyć…
* * *
W każdym mieście można nielegalnie kupić broń. Oczywiście, nigdzie nie jest to łatwe. Należy wykazać się zmysłem obserwacji, sprytem, odwagą i, naturalnie, znajomością miejscowego języka. Warto przy tym wiedzieć, że w mniej więcej połowie przypadków sprzedawca będzie usiłował obrabować lub zabić pechowego klienta. Cóż, czarny rynek to prawdziwa dżungla, obowiązują tu prawa buszu.
