
Laszlo obudził się późnym popołudniem. Deszcz przestał padać. Węgier leży w pokoju, zapalił sobie światło i patrząc na sypiący się sufit, rozmyśla. W zasadzie nie ma problemów nierozwiązywalnych. Jeśli nie można kupić broni, należy ją zrobić. Żaden problem. Kilku sąsiadów-bandytów powystrzelał z samopału. Potrzebna jest dobra stal narzędziowa. Lepsza byłaby rusznikarska, ale, niestety, nie występuje w handlu. Do tego stacjonarna wiertarka, wiertło. Siłą rzeczy lufa nie będzie zbyt długa i nie da się jej nagwintować, więc i z celnością będzie krucho. Ale na dystans kilkunastu metrów powinno się udać. Co jeszcze? Oczywiście precyzyjna tokarka. Trzeba się przejść po sklepach, wybrać odpowiedni model i ukraść którejś nocy.
Broń będzie jednostrzałowa. Ale jeśli spudłuje, i tak nie będzie miał okazji wypalić ponownie. Amunicja to w sumie najmniejszy kłopot. Wystarczy paczuszka nabojów do straszaka: każdy zawiera odrobinę prochu. Łuskę od sztucera kupić można od smarkaczy, z pewnością jest tu jakiś bazarek ze starociami. Jeden nabój do straszaka będzie robił za spłonkę, zawartość pozostałych posłuży do napełnienia pocisku. Trzeba jeszcze zdobyć palnik acetylenowy, odlać ze srebra kule, naciąć delikatnie piłką do metalu, nawiercić i do każdej kapnąć odrobinę rtęci z rozbitego termometru lekarskiego. Energia wywołana uderzeniem w cel sprawi, iż płynny metal rozerwie płaszcz i pocisk eksploduje wewnątrz ciała. Fajna, zabójcza broń. Szkoda, że zakazana międzynarodowymi konwencjami. Srebrne odłamki, wyjątkowo toksyczne dla wampira, rozprysną się na boki, tnąc i rozrywając narządy wewnętrzne. Gdyby przypadkiem nie uszkodziły niczego ważnego, dochodzi jeszcze zatrucie rtęcią – potrójna śmiertelna dawka. Taka kula powaliłaby słonia, a co dopiero drobną, jasnowłosą wampirzycę…
