
Zapada wieczór, a zatem pora udać się na miasto. Lista sprawunków jest długa, a on musi jeszcze zdobyć pieniądze.
* * *
Przed wyjazdem z domu Laszlo zebrał trochę informacji. W Krakowie najgorszą opinią cieszą się Kurdwanów i Nowa Huta. Do tej ostatniej miał najbliżej. Teraz kroczy przez blokowisko. Niepewny krok, nerwowe rozglądanie się na boki. Nie jest trudno pokazać po sobie strach. Ściągnął kaptur, śniada skóra rzuca się w oczy. Stara się wyglądać na obcego frajera.
Łazi i łazi, i nic. Zazwyczaj wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć całą bandę podejrzanie wyglądających kolesiów w dresach. A gdy czasem któryś jest potrzebny, to jak na złość znikają, jakby ich ziemia pochłonęła. Ale i na to jest metoda. Trzeba wywabić ich z kryjówek.
Na murach tu i ówdzie widać napisy, zapewne na cześć jakiegoś zespołu piłkarskiego. Laszlo wyciąga z kieszeni coś w rodzaju rozmówek. Znajomy student spisał mu garść polskich wulgaryzmów. Jeszcze puszka farby w rozpylaczu. I do dzieła. Pod dumnymi napisami sławiącymi kluby sportowe pojawiają się dopiski o zgoła mało chwalebnej treści, emblematom dorysowuje gwiazdy Dawida, szubienice, sierpy i młoty.
Mija godzina, zapach farby kręci go w nosie, a w puszce niewiele już zostało. I nic. Szybciej go chyba dorwie policja niż miejscowe żule… Wreszcie dociera w miejsce, które wygląda naprawdę paskudnie. Potrząsa zasobnikiem – to już resztka farby. Napis na ścianie sławi kolejny klub piłkarski. Węgier sięga do notatek. Wybiera najgorszy możliwy wyraz i z mozołem zaczyna smarować go na ścianie.
Z daleka słychać dudnienie odtwarzacza samochodowego i to niezłej mocy. Łowca czuje, że jest obserwowany. Znakomicie. Czerwone audi przyspiesza i zatrzymuje się tuż za nim. Radio gra; zgodnie z dresiarskim przysłowiem dźwięk muzyki musi być na zewnątrz głośniejszy niż praca silnika. Samochód oznacza maksymalnie czterech przeciwników. Wprawdzie wlezie do środka i więcej, ale byłoby im za ciasno. Tacy kolesie lubią wygody.
