* * *

Alchemik siedział na swoim strychu i w zadumie przyglądał się księżniczce Monice.

– Nie sądzę, żeby wampiryzm był przenoszony drogą wirusową – powiedział wreszcie. – To raczej wrodzone. Ja spotkałem w życiu jednego wampira, a ty?

– Jedna z moich kuzynek była taka jak ja.

– Znałyście się blisko?

– Fuj!

– Przepraszam. – Nawet o tym nie pomyślał, ale i tak poczuł się winny.

– Może niektórzy są odporni, a może przenosi się poprzez krew? – zasugerowała. – A jeśli wirus jest w stanie zdemolować DNA każdej komórki organizmu? Jeśli zmiana genotypu powoduje jednocześnie zmianę fenotypu? Czy możemy to wykluczyć?

Nie znalazł argumentu. Milcząc, patrzył w kominek. W tej chwili rozległy się trzy puknięcia do drzwi.

– A kogóż niesie o tej porze? – zdziwił się.

Podszedł do drzwi. Nie musiał ich otwierać, tajemniczy posłaniec wsunął list przez szparę nad podłogą. Sędziwój podniósł kartkę. Przebiegł wzrokiem równy rządek liter i lekko przygryzł wargi.

Wreszcie Alchemik został sam. Monika uciekła na kolację do mieszkania, które dzieli z kuzynkami Kruszewskimi. Mistrz długo i w zadumie studiuje kartkę, którą wsunięto mu pod drzwi. Na jego twarzy maluje się troska. Wreszcie podejmuje decyzję. Ubiera się w długi, ciemny płaszcz. Sztylet u boku, po drugiej stronie dla równowagi krócica. Idzie szybkim, miarowym krokiem. Zimny, grudniowy wiatr szarpie poły jego okrycia, w powietrzu wisi wilgoć, zaraz może lunąć deszcz. Oto i ulica Stolarska. Kościół i klasztor Dominikanów. Mistrz Michał mija wejście do świątyni. Już po wieczornej mszy, tędy nie dostanie się do środka. Brama prowadząca do klasztoru także jest już zamknięta, ale obok okutych żelazem drzwi umieszczono dzwonek domofonu. Naciska go trzykrotnie, patrząc jednocześnie na zegarek. Minęła pora kolacji i wieczornej modlitwy, ale ktoś powinien jeszcze czuwać.



36 из 204