
– Może jest, ale żeby się zarazić, potrzebne są jakieś predyspozycje, na przykład brak określonych przeciwciał lub defekt systemu immunologicznego. – Informatyczka poskrobała się po nosie.
Stanisława pokręciła w zdumieniu głową. Biologia nie jest jej mocną stroną. Wprawdzie czytała trochę, ale jakoś nigdy nie zapałała chęcią głębszego wgryzienia się w te problemy. Wszelkie bakcyle mają dla niej wymiar konkretny i przyziemny. Pamięta cztery epidemie dżumy i kilka innych zaraz. Teraz wystarczy, że przymknie oczy, by poczuć woń gorącego octu, używanego niegdyś do odkażania powietrza…
– Co będzie, jeśli się zarazimy?
– Alchemik twierdzi, że nic. Wirus doklei się do waszych komórek, a efekty będą widoczne dla następnego pokolenia…
– W następnym pokoleniu – odruchowo poprawiła Katarzyna. – Czyli nawet jeśli, to my będziemy normalne, tylko w stosownym czasie urodzimy śliczne, małe wampirzątka.
– Jakie to pocieszające – mruknęła alchemiczka. – Ano nic, nie ma się co martwić na zapas.
Długą zapałką kominkową podpaliła szczapki pod samowarem. Dym po chwili zniknął, a woń płonącego węgla drzewnego zmieszała się z zapachem krojonej szynki.
Katarzyna spojrzała na kuzynkę spod oka. Stanisława posiada jedną zdumiewającą cechę. Jeśli problem okazuje się nie do rozwiązania, przestaje się nim przejmować. Nie trapi się rzeczami, na które nie ma wpływu. W sumie ma rację, jeśli się zaraziły, nic nie da się zrobić. Ona jednak chciałaby wiedzieć.
– Pobiorę próbki krwi i obejrzymy je pod mikroskopem – zaproponowała. – Zwykły nic nam nie da, ale może elektronowy? I trzeba poprosić Michała o pomoc. Studiował biologię, a ja, szczerze powiedziawszy, nie odróżnię wirusów od makrofagów.
Brwi Stasi uniosły się lekko do góry. Nawet nie wiedziała, że ma w środku jakieś makrofagi.
– Jutro mamy wycieczkę do Muzeum Narodowego w Warszawie – przypomniała. – Obejrzymy sobie freski i inne takie. Oprowadziłabyś nas po części poświęconej starożytnej Grecji?
