
Chodzi po szkole z taką miną, że uczennice przemykają chyłkiem pod ścianami. Alchemik dla odmiany jest dziwnie przygaszony. Na drugą lekcję przyszedł idealnie punktualnie, ale nie ma siły poprowadzić normalnych zajęć. Zarwał noc, wykonując dziesiątki doświadczeń chemicznych i fizycznych. Długą chwilę wodzi wzrokiem po klasie, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę, gdzie jest. Wygląda mu na to, że to te same cielaczki, z którymi miał poprzednią godzinę. No tak, Monika siedzi sobie grzecznie w kąciku. Wreszcie zdołał się opanować.
– Na dzisiejszych zajęciach obejrzymy sobie trochę preparatów pod mikroskopem – powiedział.
Z torby wydobył niewielki, mosiężny tubus, oparty na stelażu. Po sali przebiegł szmer. Uniósł głowę i szepty umilkły.
– Kupiłem tę zabawkę w antykwariacie. To mikroskop szpitalny z końca XIX wieku. Mimo że ma ponad sto lat, nadal działa.
– A nie lepiej byłoby użyć nowego? – Gosia wskazała szafkę, w której stały rzędem całkiem porządne urządzenia.
– Owszem, są całkiem niezłe, ale chciałbym się dziś cofnąć do roku 1882, kiedy doktor Robert Koch odkrył prątki gruźlicy… A zatem bierzemy wycinek zarażonego płuca bydlęcego… – Otworzył słoik z cieczą i peseta wydobył z niego kawałek szaroróżowej tkanki.
Kilka uczennic odruchowo szarpnęło się w tył. Popatrzył na nie i po raz pierwszy tego dnia na jego wargach pojawił się lekki uśmiech.
– Spokojnie, to formalina. Bakterie są martwe. Nie zarazicie się.
Formalina. Ostry zapach środka konserwującego przypomniał mu opowieść dozorcy pilnującego wydziału biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Czerwonoarmistów było trzech. Sterroryzowali starego pepeszami i dobrali się do szafki z preparatami. Myśleli widocznie, że martwe zwierzęta zakonserwowane są spirytusem. No i się przeliczyli. Popełnili śmiertelną pomyłkę…
