
– Zażartował sobie z mojego nazwiska – westchnęła z udawanym bólem. – Byli kiedyś w Bośni książęta, którzy tak się nazywali.
– Aha…
Monika zamknęła salę. Musi złapać Mistrza i zapytać, co go tak gryzie. Może potrzebuje jej pomocy?
* * *
Alchemik znalazł Stasię w pokoju nauczycielskim. Jeden rzut oka na jego twarz wystarczył. Zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego.
– Mamy kłopoty – powiedział poważnie.
– Czułam to – mruknęła. – Co się stało?
Bez słowa pokazał jej kawałek kwarcu.
– Bractwo Drugiej Drogi – rzekł cicho. – Zrobili to może tydzień, najdalej dwa tygodnie temu.
Twarz jego uczennicy w jednej chwili pokryła się trupią bladością.
– To niemożliwe… Musieli już wymrzeć. Bez tynktury nie da się oszukać czasu…
– A jednak. Wrócili. Nie wiem jak, ale są znowu zmyślni.
W zdenerwowaniu użył staropolskiego zwrotu. Zapadło milczenie. Wreszcie ona jako pierwsza zadała pytanie, które nurtowało ich umysły.
– Wiedzą o nas?
– Miejmy nadzieję, że nie… Ale uważaj na siebie. Masz broń, czy coś ci załatwić?
– Mam nagana.
– Nie będzie kłopotów z amunicją?
– Zostało jeszcze prawie pół pudełka. Muszę ostrzec Kasię. Cholera. A może po prostu wyjedziemy?
Przez twarz Alchemika przemknął cień.
– Nie będę uciekał przed tymi wszarzami – powiedział cicho, ale dobitnie. – Jestem mężczyzną.
– Wybacz, Mistrzu…
Kuzynka stała już przed szkołą w towarzystwie dziewcząt. Stasia wyszła z budynku z uśmiechem na twarzy.
– Gotowe? No to marsz na dworzec – zarządziła.
Katarzyny nie zdołała oszukać.
– Coś się stało?
Alchemiczka kiwnęła głową.
– Mówisz po niemiecku?
– Naturlich.
Przeszły automatycznie na ten język.
– Mamy poważne kłopoty, ja i Sędziwój. Ciebie to chyba nie dotyczy… Ale boję się, że możesz oberwać przy okazji.
