
– Pan to tylko sprzedaje, czy także skupuje?
Mężczyzna zlustrował klienta spokojnym spojrzeniem szarych oczu. Obcowanie z nieziemską materią uspokaja, pozwala zachować chłodny dystans do rzeczywistości. Od początku miesiąca nawiedziło go trzydziestu świrów, z których każdy twierdził, że znalazł meteoryt. Połowa z nich zadzwoniła wcześniej umówić się na spotkanie. Sprzedawca obejrzał osiemdziesiąt mniej lub bardziej interesujących okazów, jednak w tej powodzi kamienia nie było ani jednego okrucha meteorytu. Trzydziesty pierwszy klient był jednak inny niż jego poprzednicy. Miał w sobie coś, co przytłaczało.
– Proszę pokazać.
Mistrz wydobył z kieszeni zawiniątko, a z niego cztery czarne kamienie. Złożył je krawędziami cięcia, by znowu tworzyły jedną całość.
Właściciel sklepu uniósł ćwiartkę i obejrzał uważnie. Czarna, szklista skorupa obtopieniowa, którą pierwotnie pokryty był meteoryt, częściowo odpadła, odsłaniając jasnoszarą skałę. W niej, jak robaczki świętojańskie, połyskują maleńkie ziarenka żelazoniklu. Koło gablotki stoi elektroniczna waga, ale ciężar czuje się w ręce. Pół kilograma, może więcej…
– Jak sądzę, Pułtusk? – upewnił się sprzedawca.
– Znalazłem go na wysoczyźnie na północ od Narwi – wyjaśnił Alchemik.
– Nie stać mnie na zakup… – zaczął.
– Chciałbym zamienić na kawałek meteorytu żelaznego – odezwał się Mistrz.
Sprzedawca zniknął na chwilę na zapleczu. Wrócił, niosąc aluminiową walizeczkę.
– Oczywiście. – Z neseserka wyjął kilka sporych okazów.
Powierzchnię podtrawiono kwasem, by uwidocznić strukturę metalu. A jest ona niezwykła. Żelazonikiel w meteorytach występuje najczęściej w dwu odmianach: jako kamacyt i taenit. Krystalizując przez miliony lat w warunkach nieważkości, mieszają się, tworząc unikalną, niemożliwą do podrobienia siatkę.
– Proszę: białoruski pallasyt Brahin, afrykański oktaedryt drobnoziarnisty Gibeon, oktaedryty gruboziarniste Sikhote-Alin z rosyjskiego Dalekiego Wschodu, argentyński Campo del Cielo, a to nasz polski, Morasko – położył płytkę.
