
Dobra nasza, pomyślał. Teraz na pewno się stopi.
Po dalszych pięciu minutach rozżarzone do czerwoności fajerki zaczęły się lekko odkształcać. W kuchni zrobiło się potwornie gorąco. Łowca ujął w dłoń pogrzebacz i ostrożnie spróbował otworzyć drzwiczki pieca. Niestety, rozżarzony do białości skobel zmiękł i nie dawało się go podnieść.
Węgier zrozumiał, że poważnie przesadził z temperaturą. Upał panujący w pomieszczeniu wskazywał na to, że jeszcze kilka minut i cały dom zapłonie jak pochodnia.
– Trzeba natychmiast gasić – szepnął, rozglądając się w panice dookoła.
Ba, tylko czym? Wiadrem wody? Napełnił pospiesznie stary, blaszany kubeł i chlusnął. Był to zdecydowanie głupi pomysł. W ostatniej chwili zasłonił oczy. Kafle zaczęły pękać z hukiem, a rozżarzone kawałki gwizdały wokoło jak pociski. Na szczęście ani jedna kropla cieczy nie dostała się do wnętrza pieca. W tej temperaturze woda rozkłada się na tlen i wodór. Zaś mieszanina tych dwu gazów…
Resztki pary wodnej rozwiały się. Żeliwna płyta pieca gięła się jak ciasto, zapadając do środka. Ujął pogrzebacz w dłoń i walcząc z potwornym żarem, zatrzasnął drzwiczki dymnika, a potem jeszcze szyber. Odskoczył, w obawie, że zaraz zapali się na nim ubranie. Brak tlenu powinien przyhamować proces spalania… Z wiadrem w dłoni pobiegł przed dom i szybko nagarnął do środka kilka szufelek piachu. Wrócił biegiem po schodach i osłaniając się przed morderczą temperaturą, sypnął z kubła na piec.
Metoda, którą zastosował, była przetestowana w 1986 roku do gaszenia płonącego reaktora elektrowni w Czarnobylu i, podobnie jak w tamtym przypadku, efekty były w zasadzie pozytywne. Czwarte wiadro praktycznie rozwiązało problem. Laszlo stał przy otwartym oknie, ciężko dysząc. Patrzył na swoje dzieło. Kopiec piachu przykrywał płytę. Zapadał się pomalutku, w miarę jak jego dolne warstwy ulegały stopieniu, ale proces ten przebiegał coraz wolniej i wolniej.
