
Jęzory stopionego na szkło piachu wypłynęły przez uszkodzone drzwiczki i kilka szerokich szpar, po czym zastygły na podłodze. „Wulkan” stygł powoli, co jakiś czas wydając niepokojące trzaski. To pękały cegły szamotowe i nieliczne ocalałe kafle. Z brzękiem rozprysła się jedna z szyb w oknie. Na parapecie wylądował ciekawski krakowski gołąb. Zajrzał do wnętrza, przekrzywiając zabawnie łepek, a potem zagruchał jakby z uznaniem.
* * *
Pociąg rytmicznie stukał po szynach. Stanisława wyjęła z koszyka ciasto, dwie butelki kwasu chlebowego własnej roboty oraz kubki. Poczęstowała kuzynkę i podopieczne.
– Hmmm. – Iza posmakowała nieznanego napoju.
– Nie upijemy się?
– Kwas chlebowy jest produktem fermentacji masłowej – wyjaśniła Katarzyna – więc nie zawiera alkoholu. Jeśli jednak wypijecie za dużo, jutro będziecie miały kaca.
Uczennica wytrzeszczyła oczy.
– To niesprawiedliwe!
Alchemiczka niebawem zapadła w drzemkę. Podróż jakoś ją rozleniwiła. Zresztą, co to za podróż? Dwie i pół godziny po szynach. Pamięta, jak z Warszawy do Krakowa tłukła się osiem dni na końskim grzbiecie… A dziś? Dziś można tam i z powrotem obrócić w pięć godzin…
* * *
Muzeum Narodowe w Warszawie jest przyjemnie rozległe. Zbiory należą do najbogatszych w Polsce. Na parterze po lewej, w rozległej galerii, obejrzeć można unikalne freski z katedry w Faras. Po prawej – ekspozycję prezentującą inne dokonania ludów starożytnych. Stanisława zebrała uczennice przed gablotą, w której czerwienią i czernią błyszczą greckie wazy.
– Monika, prosimy…
Księżniczka odchrząknęła lekko. Dawno nie miała okazji występować przed publicznością, ale nie ma tremy.
– Dla nas naturalne jest picie wina z kieliszka lub prosto z butelki – zaczęła wykład.
