Obydwa.

Dzień przed odlotem złożyłem mały antopometr, który pierwotnie skonstruowano do umiejscawiania kolonistów zagubionych w bagnach wenusjańskich. Miał zupełnie inną zasadę działania niż ten wielki, który znalazłem w Sali Urządzeń. Ponieważ obwody były niepodobne i zaprojektowano je do użytku w zupełnie różnych atmosferach, uznałem, że będą świetnie potwierdzać nawzajem swoje wyniki. Nastawiłem alarmy na częstotliwość odbiornika w mojej kuli latającej i odleciałem z muzeum zupełnie spokojny, że jedyną rzeczą, która może włączyć obydwa antropometry, będzie obecność drugiego człowieka.

Mocno zdezorientowany poleciałem z powrotem do muzeum. Obydwa urządzenia zareagowały w ten sam sposób. Alarm uruchomił się, wskazując na to, że na planecie nagle zmaterializował się Człowiek. Potem, gdy zniknęła przyczyna, obydwa alarmy wyłączyły się. Choćbym nie wiem ile razy nastawiał antenę wielokierunkową na każdym antropometrze, nie było najlżejszej wskazówki, że w granicach ich zasięgu, czyli trochę mniej niż w odległości roku świetlnego, była istota ludzka.

Dezorientacja ustąpiła miejsca silnemu uczuciu niepokoju. Coś tu na Ziemi było nie tak i nie chodziło o to, że Słońce miało za rok wybuchnąć. Możliwe, że mój humanistyczny umysł ślepo wierzy aparaturze, której w pełni nie rozumie, ale nie sądzę, aby antropometr działał w ten sposób, gdyby nie działo się coś rzeczywiście nienormalnego.

Do tej pory patrzyłem na tę planetę jak na statek, który był bliski zatonięcia, a siebie widziałem w roli kapitana zdecydowanego pójść z nim na dno. Niespodziewanie poczułem się, jakby statek był wielorybem.

Wiem, co trzeba zrobić. Wezmę zapas żywności do Sali Urządzeń i będę spał przy samych antropometrach. Alarm zazwyczaj trwa minutę albo dwie. Zdążę wstać, nastawić antenę i odczytać tyle danych, żeby wiedzieć dokładnie, skąd pochodzi sygnał. Wtedy wskoczę do latającej kuli i zbadam to. Rzeczywiście, bardzo proste.



11 из 23