
Trzy ciała leżały blisko wejścia, dwóch mężczyzn i jedna dość młoda kobieta. Po ilości i rodzaju figurek na ścianach jaskini łatwo było odgadnąć, że ci ludzie należeli do jednej z licznych grup religijnych Kustoszy, prawdopodobnie do wyznawców kultu „Ognia niebiańskiego”. Gdy w ostatnim tygodniu exodusu Afirmanci zerwali Ugodę z Crohiik i ogłosili, że urząd Afirmacji Życia domaga się, aby i ci, którzy nie Afirmują, zostali do tego zmuszeni, ci ludzie najwidoczniej uciekli w góry. Uniknąwszy późniejszych, bardzo zresztą skutecznych poszukiwań, zdołali pozostać w ukryciu, dopóki nie pozostał tylko jeden wielki statek. Wówczas, podejrzewając podobnie jak ja, że przynajmniej jeden statek patrolowy wróci na ostatnią inspekcję, zbadali budowę antropometru i dowiedzieli się o jedynej przed nim osłonie — oksydowanym berylu. Niestety, musieli nie doczytać.
W głębi jaskini jakieś ciało zmierzało w podrygach w moim kierunku. Była to młoda kobieta. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie, że w ogóle jeszcze żyje. Wyglądało na to, że wybuch zmiażdżył ją zupełnie od pasa w dół. Pełzała w stronę wyjścia jaskini, gdzie ukryto większą część żywności i wody. Gdy zawahałem się, czy zostawić ją i biec po lekarstwa i plazmę do jakiegoś szpitala w pobliżu, czy zaryzykować przewiezienie jej — kobieta przewróciła się na plecy.
Zakrywała swoim ciałem może roczne niemowlę, najwyraźniej obawiając się następnego wybuchu berylu. I mimo straszliwego bólu agonii przez cały czas nie przestawała karmić dziecka.
Pochyliłem się i obejrzałem je. Było całe brudne i wymazane krwią matki, ale poza tym całe i zdrowie. Podniosłem je i, odpowiadając na milczące pytanie w oczach kobiety, skinąłem głową.
